niedziela, 12 lipca 2009

Grand Theft Auto 4 - recenzja


Marzenie o bogactwie i sławie nie raz zawitało w naszym umyśle. Praktycznie każdy z nas chciałby zostać „kimś”, żyć w dostatku, mieć pełno znajomych oraz ładne samochody. Taką mrzonkę miał również bohater gry - Niko Bareti, który przyjechał z Rosji do swojego brata (mieszkającego w USA) z przekonaniem, że prowadzi naprawdę dochodowy interes. Niestety rzeczywistość była zupełnie inna. Okazało się bowiem, że jego brat wcale nie jest tak wysoko ustawiony w hierarchii społecznej, będącej zdominowaną przez zielone banknoty. Na dobrą sprawę miał poważne problemy finansowe, zaś my musieliśmy mu pomóc, zarabiając przy tym pieniądze.
Po wcieleniu się w główną postać - dość szybko zostajemy wciągnięci do nielegalnej pracy i zaczynamy zabijać pierwszych ludzi. Pozostałe wydarzenia musicie poznać sami. Fabuła najnowszego GTA jest bowiem naprawdę doskonale napisana. Nieoczekiwane zwroty akcji, przyjaźnie do końca życia oraz dwa zakończenia. To wszystko sprawia, że trzeba powiedzieć prosto z mostu: „GTA IV jest pod tym względem ideałem.”. Co zaś z resztą?

Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Najnowsza odsłona Wielkiej Kradzieży Aut to pierwsza wersja tej serii, którą przeznaczono na nową generację konsol. Zaowocowało to oczywiście nowym silnikiem graficznym, znacznie potężniejszy od znanego nam z poprzednich części. Niemniej to, co R zrobiło z mocą drzemiącą w Xboxie 360 i PlayStation 3 przechodzi ludzkie pojęcie. GTA stało się tworem, który jest czymś niesamowitym. To, czego doświadczyliśmy w GTA 3, GTA VC, czy też GTA S.A. jest jedynie namiastka tego, co można jeszcze wpakować do tej gry. Czemu „namiastką”? W GTA IV wszystko jest potężniejsze, bardziej rozbudowane i dopracowane. Pamiętacie przykładowo sklepy w GTA S.A? Teraz jest ich znacznie więcej, dodatkowo (w zależności od dzielnicy) pozwolą nam zakupić odpowiedni styl ubrania, dominujący wśród członków danej społeczności. W dzielnicy rosyjskiej będziemy mogli kupić „seksowny” dres i skórzaną gangsterską kurtkę. W rewirze dla bogaczy natrafimy zaś na piękne koszule, drogie paski oraz najdroższe garnitury. Nie inaczej będzie z zachowaniem mieszkańców (zależnym od statusu społecznego) tudzież samochodami. Ludzie bogatsi chodzą w pięknych rzeczach i odnoszą się z cała kurtuazją. W gorszych dzielnicach spotkamy ich przeciwieństwa - drobne rzezimieszki, przeklinające kobiety, ćpuny zaczepiające Cię na każdym kroku, czy też panny - wykonujące najstarszy zawód świata. Z takim właśnie klimatem będzie nam dane się obeznać. Przypada do gustu? Dla mnie to niebywałe. Wszystko odnosi się do rzeczywistości, zachwyca od samego początku, a wraz z przechodzeniem kolejnych etapów gry zdumienie nie znika. Miasto staje się coraz bardziej zadziwiające. Zawdzięczamy to zmianom architektonicznym w grze. Z początku nasze oczy zobaczą niskie (niekiedy z odpadającym tynkiem) budynki, natomiast po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyłonią się przepiękne wieżowce, które bądź, co nie bądź odpowiadają tym w Nowym Yorku.

Metropolia zasypia i budzi się jej drugie oblicze...

Nastała noc, ale Liberty City nie śpi. Zarówno w dzień, jak i w nocy kręcą się ludzie. Oczywiście mniej jest wśród nich jednostek uczciwych, więcej za to łobuzów. Poszczególne fragmenty miasta ponownie ze sobą kontrastują. W centrum widzimy piękne neony i bardzo dużo świateł, a w slumsach panuje ciemność – sprzyja to przestępczym machlojkom. Twórcy nie zapomnieli również o efektach atmosferycznych. Burza i towarzyszący jej deszcz daje ukojenie po upalnym dniu. Wyładowania – w postaci grzmotów, piorunów – sprawiają ponadto, że nawet samochód zaczyna drżeć (a przy tym pad). Miłym zaskoczeniem były dla mnie różnego rodzaju smaczki, ale o nich opowiem w kolejnych rozdziałach.

Diamenty są najlepszym prezentem dla kobiety...

Na początku trzeba zaznaczyć, że nie tylko dla kobiety, gdyż „diamentów” w grze jest doprawdy dużo i mężczyźni również będą z nich wielce zadowoleni. Po pierwsze ogromnym zaskoczeniem dla mnie było rozkładanie przez przechodniów parasola, w momencie, kiedy deszcz zaczął padać. W kolejny zachwyt wprowadził mnie jeden z kierowców, który naprawiał swoją „brykę” na poboczu. Na tym jednak nie koniec, albowiem takowych smaczków jest więcej. Nawet pani lekkich obyczajów ma kilka rodzajów usług – najtańszy jest masarz.. (wiecie czego:)).

Do naszej dyspozycji zostały oddane kawiarnie, bary, kręgielnia, dyskoteki, bądź striptiz. Lokali jest naprawdę dużo. Warto wspomnieć, że niektóre z nich dostępne są tylko wtedy, kiedy jesteśmy z dziewczyną - tak samo jak w GTA S.A. możemy poznać jakąś miłą kobietę i zaznać z nią niezapomnianych chwil w restauracji. Oczywiście płeć piękna, tak jak i w prawdziwym życiu, różni się od siebie. Jedna nie zwraca uwagi na to jak się ubierasz i czym jeździsz, a druga zacznie Ci wypominać, że powinieneś kupić sobie coś droższego, bo wyglądasz jak brudas. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niewiasty poznajemy za pomocą Internetu! Tak moi drodzy - w Liberty City jest sieć. Dzięki niej będziemy mogli oglądać witryny, oczywiście nie te prawdziwe, ale stworzone na potrzeby gry. Stron jest sporo, więc nie będzie nam się nudziło. Najważniejszy z tego wszystkiego jest e-mail i strona z możliwością poderwania faceta, bądź babki. Resztę stanowią miłe dodatki.

Mów mi więcej...

Samochody to nieodłączny element Wielkiej Kradzieży Aut. Prezentują się jeszcze bardziej okazale. Na dobrą sprawę, każdy z możliwych pojazdów występuje w grze - raz na ulicy zobaczymy kompletnego „rzęcha”, innym razem zaś przepiękny sportowy wózek. Motorów oczywiście też nie zabrakło. Cztery typy jednośladów na pewno wystarczą każdemu: ścigacz, motokros, skuter i charlej. Nie można też zapomnieć o helikopterach tudzież motorówkach - ponownie włączono je do gry. Jedynym defektem jest niedopracowane lądowisko w mieście. Chociaż widok z helikoptera jest niesamowity, to wówczas, gdy już „zaparkujemy” na wieżowcu (w specjalnie wyznaczonym do tego punkcie), niestety nie będziemy mogli zejść na dół. Pozostaje tylko zlecieć i wylądować na ulicy. Na pochwałę zasługuje możliwość przejazdu taksówką jako pasażer, oglądanie telewizji, rany pojawiające się na ciele naszego protagonisty i pewnie wiele innych elementów, o których zapomniałem napisać. Na pewno odkryjecie je przechodząc GTA IV.

Zgrzyt...

Niestety – zarówno w życiu prywatnym jak i w grze muszą pojawić się „ciernie”. GTA jest ogromne, wiele elementów zostało wspaniale dopracowanych, ale niestety czasami animacja zwalnia. Niektóre elementy tła doczytują się tuż przed nosem. Nie stanowi to miłego efektu i tutaj tkwi minus tego przedsięwzięcia. Kolejne zastrzeżenia mam do kolizji samochodów. Jedno – stosunkowo lekkie uderzenie - sprawia, że prawie cały samochód się rozwala, znacznie potężniejsze zaś pojazdowi szkód nie robi. Trochę to dziwne.

Czy coś jeszcze? Nie przypominam sobie. Może i bym coś znalazł, ale po co się czepiać na siłę? Te minusy występują dosyć często i właśnie dlatego utknęły mi w pamięci.

Werdykt.

Nowe GTA to gra, w którą każdy powinien zagrać. Ogromne, wspaniale zaprojektowane miasto; ciekawe misje; długa fabuła; niesamowita wręcz ilość misji pobocznych (strzelanie do gołębi tudzież unikalne skoki); możliwość spenetrowania wielu budynków i niesamowity power! To wszystko możecie zobaczyć w najnowszej odsłonie GTA. Każdy powinien ją dodać do swojej kolekcji.
Plusy:
+ Rozbudowanie
+ Fabuła
+ Wielkość miasta
+ Grafika

Minusy:
- grafika (zwolnienia anmiacji)
- kolizje

Ocena 9,5/10

Dawid Nawrocki

sobota, 11 lipca 2009

The Day The Earth Stood Still - recenzja

Czy zastanawialiście się kiedyś, czy gdzieś w przestrzeni kosmicznej jest ktoś, kto od dawien dawna obserwuje ludzkość? Spisuje informacje i pilnuje, abyśmy zachowywali się „grzecznie” oraz nie prowadzili działań destrukcyjnych? Podpatruje nasze poczynania, po czym stwierdza, że nasza rasa jest niebezpieczna, więc postanawia ją zniszczyć?

Powyższe pytania stanowią poniekąd fabułę nowego kinowego remake’u pt.: „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. To odświeżona wersja filmu z 1951 roku, opowiadającego o dziwnej inwazji obcych, którzy mają za zadanie uratować naszą planetę. W roli „obcego” w nowej wersji wcielił się Keanu Reeves. Przybywa na Ziemię w wielkiej, świecącej kuli, ponadto w towarzystwie ogromnego robota, który – jak się później okazuje – jest niezniszczalny i ma przyczynić się do naszego unicestwienia. Przybysz chce rozmawiać oraz negocjować z przywódcą rasy ludzkiej. Dochodzi jednak do pewnego incydentu – ludzie ranią gościa, a następnie zamykają go w laboratorium. Wprawdzie pomagają mu wrócić do zdrowia, ale ich głównym zamiarem jest jego brutalne przesłuchanie. W całe zajście wplątana zostaje dr Helen Benson – jedyny łącznik obcego z ludźmi. Kosmita opowiada bohaterce o celu swojego przybycia. Istoty ludzkie długo były pod obserwacją jego rasy, jednak nie udało się im zdać egzaminu na anty-destrukcyjne działania. Człowiek dąży nie tylko do samounicestwienia, ale (co dla Klatoo jest najważniejsze) jest również ogromnym zagrożeniem dla „matki Ziemi” – kiedy ona umrze, to ludzkość także, ale wówczas, gdy my znikniemy, Ziemia przetrwa. Amerykańskie wojsko postanawia za wszelką cenę zniszczyć obcych. Pani doktor wie jednak, że jedynym wyjściem jest zmiana zamiarów gościa z innej galaktyki. Czas ucieka, unicestwienie się zbliża, zaś „wybawca” naszej planety nieugięty. Wszystko w rękach jednego człowieka. Helen musi uwodnić Klatoo, że ludzkość zasługuje na drugą szansę. A może w ogóle się nam nie należy? Czy ludzie nie mogą się zmienić? Czas postawić sobie to pytanie i zostać rozgrzeszonym z przeszłości naszej rasy.

„The Day The Earth Stood Still” to dobry thriller, który potrafi trzymać widza w napięciu od początku do końca. Zawiera w sobie nieco z „War of the Worlds”, „Cloverfield” i „Bliskiego spotkania trzeciego stopnia”. Jako film z serii science-fiction opiewa w świetne efekty specjalne. Zwłaszcza animacja nadciągającej destrukcji zrobiła na mnie wrażenie. Pod względem aktorskim produkcja również stoi na wysokim poziomie. Reeves jeszcze nie miał okazji sprawdzić się jako „ósmy, obcy pasażer”, ale widać, że wcielenie się w kosmicznego obserwatora nie sprawiło mu dużego problemu. Jak zawsze spisał się bardzo dobrze, a jego filmowa partnerka Jennifer Connelly stworzyła z nim świetny duet. W trzecioplanowej roli pojawia się także John Cleesy, który mimo tego, że odegrał krótki moment jako doświadczony naukowiec, nie pozwolił nam nie zauważyć swojej profesjonalnej gry aktorskiej. Chociaż produkcja jest zadowalająca, to nie „wyrywa” z siedzenia – nie można zatem dać jej o wiele wyższej noty niż „bardzo dobry”. Trzeba przyznać, że to remake z nietypową fabułą. Odstaje od standardowych filmów science fiction. Specjalnie do kina nie ma się po co wybierać, ale jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć ten film, to warto to zrobić.

Ocena: 6/10

Reżyseria: Scott Derrickson
Scenariusz: David Scarpa, Edmund H. North
Obsada: Keanu Reeves, Jennifer Connelly, Jaden Smith
Gatunek: thriller, s-f

Kuba Lipczik


piątek, 10 lipca 2009

Déjà vu - a co to?


Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się być po raz pierwszy w jakimś miejscu i odebrać przez chwilę wrażenie, że już kiedyś je widzieliście? Elementy krajobrazu wydawały się dziwnie znajome? Z niewiadomych powodów znaliście ludzi, których twarze widzieliście pierwszy raz na oczy? Byli Wam w zagadkowy sposób bliscy? Jeżeli tak, to bez wątpienia mieliście do czynienia ze zjawiskiem Déjà vu.

Zagadnienie déjà vu wywodzi się z języka francuskiego i w dosłownym tłumaczeniu oznacza: „już widziane”. To wrażenie, jakie odbiera jednostka znajdująca się w obliczu sytuacji, w której uczestniczy po raz pierwszy, lecz ma świadomość, że takie samo zdarzenie miało miejsce w nieokreślonej przeszłości. Owo odczucie łączy się z przekonaniem, że z racjonalnego punktu widzenia jest to nierealne. Specjaliści traktują déjà vu jako „krótkotrwałe spięcie” w mózgu, występujące pomiędzy bieżącym odbiorem rzeczywistości a pamięcią długotrwałą (zbiór śladów pamięciowych – o nieograniczonej pojemności oraz czasie przechowywania – o których nie myślimy na co dzień, lecz nie są przez nas całkowicie zapomniane) tudzież pamięcią głęboką (magazynuje wszystkie przemyślenia osobiste, poglądy i sekrety jednostki; najprawdopodobniej zaczyna się już w brzuchu matki i poczyna odbierać wówczas wszelkie sygnały z otoczenia).

Zjawiska déjà vu nie można wiązać tylko i wyłącznie z percepcją wzrokową, gdyż odnosi się do wielu innych elementów, którym przyporządkowano różne nazwy, np.: déjà entendu (już usłyszane), déjà lu (już czytane), déjà goûté (już smakowane), déjà visité (już odwiedzane), déjà rêvé (już śnione), déjà vécu (już przeżyte), déjà su (już poznane intelektualnie), déjà connu (już poznane persony) itp.

Do cech charakterystycznych déjà vu należą:

- nagłe pojawienie się (nigdy nie można przewidzieć, kiedy nastąpi tudzież go świadomie wywołać)

- czas trwania sięga od kilku do kilkunastu sekund

- prekognicja (występuje stosunkowo rzadko; polega na umiejętności przewidywania zdarzeń, które jeszcze nie miały miejsca, lecz nastaną w przyszłości)

- jednostka doświadczająca déjà vu nastawiona jest krytycznie wobec tego zjawiska (nie wierzy w przypadkowość; wie, że jest to mimo wszystko nierealne), ponadto nie potrafi jasno określić „kiedy i gdzie” owo wydarzenie miało miejsce

- nie jest chorobą psychiczną ani problemem zaburzenia osobowości

Zjawisko déjà vu jest bez wątpienia bardzo enigmatyczne i tak naprawdę nie wiadomo, czy uda się je kiedykolwiek do końca wyjaśnić. Wiążę się niekiedy z reinkarnacją (pozostałością pamięci z poprzedniego życia), ze snami (dane wydarzenie mogło nam się przyśnić – we snach budzi się nasza wyobraźnia), a także nadzwyczajnymi umiejętnościami (przewidywaniem przyszłości z zakresu zjawisk paranormalnych).


Alicja Paluch

czwartek, 9 lipca 2009

Fight Night Round 4 - recenzja


W minionych dniach Gildia Technologii ma znacznie mniej newsów oraz materiałów niż zwykle. Spowodowane jest to tym, że otrzymałem do recenzji grę Fight Night Round 4. Przez trzy kolejne dni siedziałem dniami i nocami nad tym tytułem, aby przejść go jak najszybciej i podzielić się z Wami wrażeniami.

„You got the touch You got the power”

Yeeaa, po wymęczeniu Gambita na gg otrzymałem do testów najnowszą odsłonę gry z serii Fight Night Round 4. Czekałem na nią trzy lata, gdyż poprzednia część powstała w 2006 roku. Od tamtego czasu EA pracowało w pocie czoła, a efekty można już zobaczyć na ekranie.

Gdy pierwszy raz włączymy grę, na ekranie pojawi się najpierw intro, które ukaże najciekawsze momenty z gry właściwej. Dwóch pięściarzy, potężne uderzenia sprawiają, że aż chce się wylądować na ringu. Ale spokojne, gdyż od razu po wstępie nie pojawia się menu, tylko opcja treningowa. Wpierw musimy ją przejść, aby dostać się dalej. Moim zdaniem jest to doskonały pomysł, gdyż jeszcze przed rozpoczęciem zabawy można nauczyć się dobrze wyprowadzać ciosy, a ponadto unikać ich.

Rozgrzewka zaliczona, przyszedł więc czas na menu główne. Kilka opcji do wyboru sprawia, że nie można się w nim zgubić. Do wyboru mamy takie pozycje, jak: Fight now, legendy mode, create boxer, Xbox Live, My Corner, Fight Night Store. Jak widać, same podstawowe rzeczy. Na uwagę zasługuje oczywiście Fight Now, gdzie natychmiast można przenieść się na ring i powalczyć oraz Legacy Mode. Ten drugi tryb jest czymś w rodzaju kariery. W nim kreujemy zawodnika, którego wyniesie się na wyżyny.

W Legacy Mode mamy możliwość wykreowania boksera, który będzie przypominał jego stwórcę – tutaj przychodzi z pomocą kamera Xbox Live Vision. Niestety, ja jej nie podsiadam, tak więc zadowoliłem się opcją Choose a Head, gdzie jak sama nazwa wskazuje, wybiera się sylwetkę wykreowaną przez twórców. Następnie, odpowiednio odziałem swojego boksera oraz wystylizowałem. Przykładowo, można ustalić sposób trzymania bloku, kolor oczu, pseudonim, nazwisko. Gotowy twór wyruszył na podbój świata. W pierwszym turnieju oczywiście wygrałem i otrzymałem dostęp do mini biura. W nim mogę ustalić, z kim i kiedy będę walczył. Otrzymuję również informacje od trenerów, którzy radzą mi, jak trenować przez walką. Trening jest dostępny dopiero po ustaleniu terminu, w którym odbędzie się starcie. Kilka dni przed można go odbyć i polepszyć swoje osiągi. Niestety, w grze ,jak w życiu, kiedy polepszymy naszą szybkość, to spadnie moc ciosów i odwrotnie. Każdy trening wpływa dodatnio na daną cechę, a na inną ujemnie. Warto jeszcze wspomnieć, że zaprawa przed walką może odbyć automatycznie – wtedy otrzymujemy 50% tego, co moglibyśmy uzyskać sami. Manualna rozgrzewka może przynieść korzyści tylko wtedy, gdy mamy doskonale opanowane klawisze. Ta zabawa bowiem nienależny do najłatwiejszych, ale za to podwyższa umiejętności zawodnika, jak i gracza, który nim steruje. Warto jeszcze, że bez treningu niczego się nie osiągnie, gdyż na początku kariery stworzony bokser ma bardzo słabe statystyki.

Czas wybiec na ring! Poruszająca się i krzycząca widownia robi wrażenie. Wokół ringu „dziennikarzyny”, a na środku prezenter niczym z filmu Rocky. „Zapowiada się ciekawa walka” – mówi. Bokserzy wychodzą na scenę i zaczyna się starcie. W tym miejscu warto wspomnieć o zmienionym systemie walki. Gracze, którzy grali w Fight Night Round 3 pamiętają, że głównym celem zabawy było wyprowadzanie szybkich i dynamicznych kontr. W czwartej części ulega to zmianie, gdyż tym razem trzonem zabawy jest unikanie ciosów, a następnie wyprowadzanie miażdżących uderzeń, które mogą powalić przeciwnika. Rzadko się zdarza trafianie oponenta za pomocą najsilniejszego ciosu – haymarker. Gdy jednak to się uda przeciwnik od razu ląduje na dechach. Najczęściej jednak można ogłuszyć rywala. Wtedy poziom „Staminy” świeci się i już nie spada podczas wyprowadzania cisów. Przeciwnik zaś jest ogłuszony i znacznie słabiej się broni. Wtedy ruszamy z furią. Wyprowadzamy ciosy, miażdżmy przeciwnika, aż ten upada na deski. To jest to, co misie lubią najbardziej. Warto jednak wspomnieć o tym, że przez cały czas musimy być ostrożni. Wystarczy tylko moment nieuwagi, aby upaść na deski (tutaj również zaszła zmiana, gdyż po prostu trzeba gałkami wykierować diodę na środek i wygiąć gałkę do góry). Zwłaszcza, że ominięcie bloku nie jest czymś trudnym. Wystarczy, że przeciwnik inaczej ułoży swoje ciało i już jego ciosy będą skuteczne, a na dodatek poziom trudności zwiększa się wraz z rozwojem kariery.

Pierwsza runda dobiegła do końca, przyszedł czas na przerwę. Podczas niej można podleczyć zawodnika i odnowić energię. W Fight Night Round 3 cały ten proces odbywał się za pomocą mini-gier. W czwartej części zrezygnowano z tego. Teraz dostępna jest odpowiednia ilość punktów, którą przeznacza się na powyższe czynności. Można też wybrać opcję „auto”, wtedy komputer sam zdecyduje, jak rozdać punkty.

Round 2

Czyli jedna z ważniejszych kwestii – muzyka i grafika. Fight Night Round 4 testowałem na dwóch telewizorach. Pierwszy wyświetla grafikę w rozdzielczości 1024 na 768, a drugi zaś full HD. Na pierwszym odbiorniku obraz był wyświetlany bardzo dobrze. Zawodnicy wyglądali, tak naturalnie, że nawet moja dziewczyna myślała, że to prawdziwa relacja. Niestety, szczegółowość była mniejsza – widać to w momencie odpalenia produkcji w wersji HD. Tutaj to dopiero widać różnice. Ciała zawodników „biją” szczegółowością: naprężające się mięsnie, pot na czole, zdarty naskórek, rany etc. Wygląda to naprawdę efektowanie, ale gra wtedy traci na naturalności. Całość jest tak ostra i wyraźna, że aż nieprawdopodobna. Tekstury i polygony znokautowały mnie – wylew oka po dłuższym graniu gwarantowany.

Dźwięk również trzyma wysoki poziom. Snoop Dog , Dr. Dre, RZA, Mos Def i inni sprawiają, że poczułem się znakomicie. Muzykę zaś można przypasować do zawodnika i będzie ona puszczana w momencie, kiedy będzie wychodził na ring.

Dźwięk podczas walki również jest niczego sobie. Wspaniale słychać odgłosy zawodników, którzy jęczą z bólu, kiedy „obrywają”. Kibice również reagują, gdy widzą, że akcja przyśpiesza. Komentator również daje radę. Zwłaszcza, że bardzo często są podawane jakieś anegdoty. Denerwuje mnie tylko to, że często powtarza te same słowa. Trochę to dziwne – a to feler, westchnął seler.

Round 3

Czas zabawy jest dosyć długi zwłaszcza, że aby wejść wyżej, trzeba pokonać zawodnika z wyżej wagi. Dopiero wtedy można pójść dalej. Minie więc trochę czasu, zanim dojdzie się na górę. Wpierw trzeba wytrenować boksera i odpowiednio go przygotować. Prócz satysfakcji z wygranych pojedynków, dochodzą jeszcze liczne nagrody w postaci sprzętu, medali oraz respektu wśród innych zawodników.

Round 4 – miłe dodatki

Podoba mi się to, że w grze zaimplementowano kilka stylów boksowania. Przykładowo Mike Tyson jest bardziej przysadzisty, tak więc będzie bił tylko wtedy, kiedy będzie blisko zawodnika. Ja zaś stworzyłem sobie boksera, który ma długie ramiona i jest wysoki, tak więc mogę brać wszystkich na dystans.

Warto również wspomnieć o tym, że komentatorzy wypowiadają nazwiska , które występują w grze. Nawet stworzony zawodnik ma nazwisko, które jest wypowiadane przez prowadzących galę – lista nazwisk. Szkoda tylko, że Tomasz Adamek został potraktowany po macoszemu. Niestet, nie usłyszy się jego nazwiska.

Wspomniałem już o Tysonie i Adamku - oznacza to, że gra ma licencję i to jeszcze jaką. Wśród gwiazd można zobaczyć takie perełki, jak: Mike Tyson, Muhammad Ali, Tomasz Adamek i inni.

Round 5 – minus

Fight Night Round 4 ma, prócz komentarza, jeszcze minusy. Pierwszym z nim jest nokaut, który wygląda mało naturalnie. Oczywiście, ten w trzeciej części był przesadzany (łamane kości etc.), ale obecny wygląda za delikatnie. Powtórki też są mniej efektowne, ale do nich można się przyzwyczaić.

Warto jeszcze wspomnieć, że podczas walki gra często źle pokazuje pasek wytrzymałości naszego przeciwnika. Przykładowo udało mi się trzykrotnie znokautować oponenta w pierwszej rundzie, a on mimo wszystko nie stracił witalności.

„You're at your best when when the goin' gets rough You've been put to the test, but it's never enough... You're a winner”

Fight Night Round 4 jest produkcją obowiązkową dla fanów boksu zawodowego. Dla innych graczy również, gdyż produkt ten wygląda wspaniale, jest bardzo dobry i w okresie wakacyjnym na pewno nie znajdzie się dużo takich tytułów. Gra zasługuje na ocenę 8,5 i taką dostaje. Ma swoje plusy i minusy. Może być nudne na dłuższą metę, bo ile można się tłuc po twarzach, ale dostarcza też dużo frajdy zwłaszcza, jak się wygra walkę po 10 rundach. Polecam i jeszcze raz polecam!

PS: W recenzji zostały wykorzystane słowa piosenki z pewnego filmu, który oglądałem w dzieciństwie. Ktoś kojarzy?

PS2: W grze występuje jeszcze możliwość grania za pomocą Xbox Live Gold. Niestety nie mogłem sprawdzić tego tryby, gdyż nie mam wykupionego abonamentu. Zagraniczne serwisy jednak wypowiadają się dobrze na jego temat. „Jedynym minusem są gracze, którzy bardzo często nie potrafią grać dobrze i z finezją” – gamespot.com.

Plusy:
+ grafika
+ poprawiony system walki
+ długi czas zabawy
+ trening

Minusy:
- Średni komentarz
- Mało efektowne nokauty
- Pasek życia

Ocena 8,5 na 10

Dawid Nawrocki www.Gildia.pl

poniedziałek, 6 lipca 2009

5 lat za przerabianie konsol


Policjanci z komendy w Szczecinie zatrzymali dwie osoby, które przerabiały konsole. Dzięki temu zabiegowi, urządzenia mogły odtwarzacza pirackie kopie gier.

Akcją zajął się Wydział do walki z Przestępczością Gospodarczą KWP, który skrupulatnie obserwował podejrzane serwisy. Policji udało się ustalić, kto przerabia konsole. Po otrzymaniu nakazu, „mundurowi” wkroczyli do dwóch serwisów. Znaleziono w nich blisko 150 przerobionych konsol i około 170 chipów – to właśnie one umożliwiają modyfikowanie konsoli.

Kraj stracił na tym procederze prawie 72 tys. złotych. Serwisantom grozi 5 lat więzienia. Takie same konsekwencje mają ponieść osoby, które oddawały konsole do przerobienia.

Dawid Nawrocki.

Wall - E - recenzja filmu


“Wall E” to nie jest zwykły film animowany. Studio Pixar stworzyło historię, której nie da się zaszufladkować, nie można przykleić jej etykietki określonego gatunku. To opowieść zachwycająca i piękna.

Film opowiada o robocie, który pozostał sam na Ziemi, po tym jak wszyscy ludzie uciekli w kosmos z powodu za dużego zaśmiecenia planety. Nie ma już oceanów, rzek, błękitnego nieba. Tylko pustynie śmieci, które Wall E sprzątał, gdyż jest robotem przetwarzającym. Bardzo szybko się jednak uczy i uwielbia oglądać telewizję. Pewnego razu, na Ziemię przylatuje dziwny statek, który wysyła białego robota bojowego do sprawdzenia planety. Nasz bohater poznaje nowego przybysza o imieniu „EVA”. Gdy nowy przyjaciel Wall E’go znajduje to, po co przybył, zostaje zabrany z powrotem w kosmos. Nie leci jednak sam, razem z Eva podróżuje też mały robocik, który nie wie, że w miejscu z którego pochodzi jego sympatia, to właśnie on przeprowadzi istną rewolucję.

Naprawdę nietuzinkowa animacja, piękne zdjęcia i efekty zachwycają oko, a mechaniczni bohaterowie bardzo szybko kradną nasze serca. Mimo ,że nie wypowiadają praktycznie żadnych słów, są bardziej wymowni niż niejeden aktor. Stają się ikonami rewolty, jaka będzie miała miejsce w ludzkiej historii i faktycznie , trzeba się zastanowić, czy nie czeka nas taki los jak ludzi, którzy uciekli z Ziemi. Świetny pomysł twórców, zrealizowany w tak niezwykły sposób, że nie można przejść obojętnie obok tego filmu.

Moim zdaniem, jest to najlepszy obraz animowany, jaki dotychczas wypuścili twórcy z Pixar Studios. Teraz, żeby przebić „Wall E” , będą musieli bardzo się postarać, bo kolejne produkcje widzowie na pewno będą porównywać do przygód małego robota.
Reżyseria: Andrew Stanton

Scenariusz: Andrew Stanton
Obsada: Ben Burtt
Elissa Knight
Jeff Garlin
Gatunek: animacja
Ocena: 9/10

Kuba Lipczik



niedziela, 5 lipca 2009

ESET Smart Security 4 - test

NOD 32 był dla mnie programem antywirusowym, którego bardzo lubiłem, a to dla tego, że był prosty w użyciu, nie obciążał za bardzo systemu i co najważniejsze – dzięki niemu nigdy nie miałem wirusów na twardym dysku. Potem otrzymałem Nortona i powiem szczerze, że nie byłem z niego zadowolony, gdyż wolno się aktualizował i słabo sprawdzał pliki. Teraz jednak powrócił do mnie NOD, ale w nowej wersji nazwanej ESET Smart Security 4. Czas sprawdzić, na co stać ten program antywirusowy…

Określę jasno - ESET Smart Security 4, to na dobrą sprawę NOD 32 Antyvirus, Antispyware, Firewall i Antispam w jednym opakowaniu. Czyli za około 200 zł, otrzymujemy cztery programy w jednym. Skoro już jasno określiliśmy, co i jak, to zaczynamy test.

Po pierwsze, program kupimy w sklepie, albo przez Internet. ESET SS 4 można bowiem ściągnąć na dysk ze strony producenta, aby następnie wpisać licencję, która wcześniej zakupiliśmy. Ja otrzymałem wersje pudełkową, ale po wgraniu programu i tak musiałem zarejestrować się za pomocą witryny WWW. Gdy system się wgrał, dostałem na e-mail login i hasło. Wpisałem je i program zaczął działać. Pierwsze, co zrobił to sprawdził, jakich jeszcze aktualizacji systemowych nie zainstalowałem. Poinformował mnie o tym, a następnie zaktualizował się do najnowszej wersji.

Menu ESET SS 4, jest bardzo przejrzyste. Tabelkowy układ sprawia, że wszystko jest na swoim miejscu i nie pogubimy się podczas szperania w systemie.

Pierwszą opcją w menu jest „Stan ochrony” - tutaj dowiemy się na jakim poziomie obecnie jest zabezpieczony nasz komputer. Najlepiej jest, gdy stan ochrony oznaczony jest kolorem niebieskim - oznacza to, że jest w pełni chroniony przed wszystkimi zagrożeniami z sieci. Kolor żółty oznacza, że ochrona plików jest włączona, ale może być problem z zaporą osobistą, czy też system został źle zaktualizowany etc. Najgorsza jest jednak ikonka czerwona. Oznacza bowiem ona, że ochrona plików jest wyłączona.

Kolejną integralną częścią menu jest „Skanowanie komputera”.
Umożliwia ona sprawdzenie naszego dysku przez program NOD 32 w celu skontrolowania, czy nie ma na nim wirusów. Kiedy robak zostanie wykryty, mamy do wyboru dwie opcje – kwarantanna albo usuń.

Aktualizacja – to po prostu informacje o najnowszych aktualizacjach i poprawkach, które pobrał program.

Ustawienia – tutaj bez problemu dostosujemy program do potrzeb naszego komputera.

Narzędzia – to nic innego jak dziennik plików, kwarantanny i harmonogramu.

Niemniej jednak, dobre menu to nie wszystko. Najważniejsze przecież jest to, jak szybko i z jakim skutkiem program rozpoznaje wirusy. W tym akapicie postaram się wymienić większość zabezpieczeń, jakimi dysponuje ESET Smart Security 4.

Zacznijmy więc od aplikacji SysInspector, która jest narzędziem diagnostycznym, zbierającym szczegółowe informacje na temat wszystkich działających procesów i usług, zainstalowanych bibliotek, połączeń sieciowych , wpisów w rejestrze, zainstalowanych sterowników i aplikacji. Dodatkowo do ESET SS 4 posiada opcję ESET SysRescue, która umożliwia uruchomienie systemu, tworzenie kopii i wyeliminowanie błędów. Do tej pory tego jeszcze nie było. Idąc dalej, program ma również zaimplementowaną ochronę połączeń szyfrowanych, która odbywa się na zasadzie skanowania protokołów HTTPs o POP3s. Zaporę tę można oczywiście regulować. ESET wprowadził też ulepszony moduł Antyspam, który mniej obciąża system w stosunku do poprzednika, ale czasami gubi się i do folderu SPAM wbija pocztę od zaprzyjaźnionych osób. Niemniej jednak wystarczy wtedy zaznaczyć dany e-miał i określić go, jako zaufany. Kolejną nowością jest wprowadzenie kontroli dostępu do pamięci przenośnych. Dzięki niej mam możliwość zablokowania dostępu do portów USB i napędów CD. Program sam szybko przeskanuje pamięć i jeśli wykryje wirusa, to automatycznie da nam o tym znać. Wspomnę jeszcze o tym, że ESET oferuje 3 rodzaje infiltracji – zagrożenia typu malware, potencjalnie niepożądane aplikacje (w tym adware, toolbary, itp.) i potencjalnie niebezpieczne aplikacje (aplikacje które mogą powodować pewnego rodzaju zagrożenie dla systemu). Przykładowo, kiedy ściągałem program z Internetu, program od razu wykrył, że jest w nim wirus. Zablokował łącze i spytał się, co robić dalej…

Według producenta, do nowego ESET SS wprowadzono ponad 50 ulepszeń. Ja postarałem opisać się te najważniejsze.

Na zakończenie mojego testu, chciałbym jeszcze wspomnieć o pracy całego programu. Zacznę więc od tego, że zajmuje on tylko lekko ponad 48 MB. W porównaniu z konkurencją wypada pod tym względem znakomicie – Norton zajmuje przykładowo 150 MB. Dzięki temu, ESET SS 4 chodzi szybko i bez problemu, nie spowalniając pracy systemu.

Jeśli zaś chodzi o najważniejsza kwestię, czyli wykrywalność wirusów, to jeszcze nie przeprowadzono odpowiednich testów na av-comparatives.org. W poprzednich zestawieniach NOD 32 raz otrzymał pierwsze miejsce, a za drugim razem czwarte. Tym razem powinno być jednak lepiej, gdyż można to zaobserwować po samej pracy programu- aktualizuje się on bowiem kilka razy dziennie. W locie też wykrywa wirusy, które chcą się przedrzeć do naszego komputera. Tak więc sądzę, że tym razem produkt ESET zajmie, jak nie pierwsze, to przynajmniej drugie miejsce.

Podsumowując. Kupując ESET Smart Security 4 , za niecałe 200 zł otrzymasz naprawdę solidny i szybko działający program antywirusowy. Moim zdaniem lepiej go kupić, niż samego NODa 32. Czemu? A dla tego chociażby, że tutaj otrzymujemy cztery programy w jednym opakowaniu, a tam tylko jeden. Dodatkowo różnica cenowa wynosi 60 zł. Czyli nie tak dużo za pełną ochronę naszego komputera.

Ocena: 4,9/5

Plusy:

+ Szybkość

+ Prostota

+ 4 programy w jednym

Dawid Nawrocki