niedziela, 26 lipca 2009

QPAD QH-1339 - test

Kiedy pojawiła się informacja prasowa o słuchawkach QPAD QH-1339, sporo osób zainteresowało się tym produktem. Niestety, nikt nie testował ich, tak więc ciężko było ocenić czy stwierdzenia, które padły w materiale są prawdziwe. Nam jednak udało się otrzymać do testów ten sprzęt i zaraz napiszę Wam, czy jest wart swojej ceny.

Zacznę od tego, że słuchawki otrzymałem w dość ciekawym etui. Były one bowiem zapakowane w mini plecaczek przypominający ten, w którym trzyma się kulę do kręgli. Opakowanie jest koloru czarnego, a w górnej części znajduje się okienko, w którym można umieścić swoje dane osobowe. Wspomnę jeszcze, że nie jest to jakaś specjalna wersja, po prostu wszystkie słuchawki z serii QH-1339 są tak zapakowane. Dzięki temu łatwiej je przenosić.

Słuchawki wyglądają solidnie. Ogromne nauszniki wykonane są z metalu i bardzo grubej gąbki. Całość zaś jest przymocowana do metalowego pręta, który został obłożony pianką. Mikrofon również wykonany został z tego samego tworzywa, ale jest bardziej giętki.

Do zestawu dołączono końcówkę USB, do której podłącza się słuchawki. To właśnie dzięki niej można regulować głośność przekazywanego dźwięku oraz wyłączyć mikrofon. Oczywiście, istnieje możliwość podłączenia słuchawek poprzez porty jack, ale wtedy nie można regulować wyżej wymienionych funkcji.

Wrażenia

Zacznę może od tego, że bardzo mi się podoba rozwiązanie z możliwością podłączenia słuchawek do komputera za pomocą portu USB. Szybkie wykrycie sprzętu przez program operacyjny i już można cieszyć się dźwiękiem. Oczywiście porty jack też spełniają tę funkcję, ale nie raz bywało, że się psuły i wtedy był problem. Wejść USB na ogół jest więcej w komputerach, tak więc nawet, gdy padnie pierwszy, to zawsze jest drugi i trzeci i czwarty...

Podoba mi się również to, że słuchawki posiadają możliwość podłączenia ich za pomocą portu USB i jacka. Dzięki temu mogłem je podpiąć do konsoli, PC i odtwarzacza DVD. Ich zastosowanie jest więc spore.

Po nałożeniu na uszy słuchawek, wszystkie dźwięki wokół mnie stały się wytłumione, a to wszystko za sprawą redukcji hałasu z otoczenia, nawet o 18 decybeli. Nie można tutaj mówić o pełnym wyciszeniu, gdyż hałas przedrze się przez najbardziej wytłumione słuchawki. Niemniej jest znacznie ciszej. Dzięki temu, można skupić się na rozmowie podczas gry, czy też za pośrednictwem programu Skype. Zwłaszcza, że kiedy ktoś coś mówi, to szumy z otoczenia znikają i słychać tylko rozmówcę.

Skoro już doszedłem do dźwięku, to warto jeszcze wspomnieć o tym, jak słuchawki działają podczas odtwarzania muzyki i grania w gry. W tej pierwszej kwestii jest bardzo dobrze. Po pierwsze dlatego, że brzmienie jest bardzo czyste, a po drugie basy są mocne, solidne i nie drażnią ucha. Niemniej znacznie „złożony” dźwięk wykorzystują gry komputerowe i filmy. Przestrzenny dźwięk nieraz ułatwia zlokalizowanie przeciwnika. Trzeba przyznać, że w tej kwestii słuchawki stają na wysokości zadania. Dźwięk słychać zarówno z przodu, jaki i z tyło oraz z góry i z dołu. To wszystko jest możliwe dzięki wykorzystaniu technologii DTS, Dolby Digital, Dolby Prologic, PCM stereo. W filmach nic się nie zmienia, tak więc również możemy cieszyć się z bardzo dobrego dźwięku.

Mikrofon kardioidalny, który przez zastosowanie takiej technologii powinien być mniej czuły na dźwięki, wcale taki nie jest. W rzeczywistości rozmówcę słychać doskonale, ale rozmówca za to słyszy wszystko co robimy. Oddychamy – słyszy. Piszemy na klawiaturze – słyszy. Na nic się zda odsunięcie mikrofonu od buzi, bo ten doskonale wyłapuje dźwięk. Oczywiście, ma to też swoje plusy, gdyż podczas rozmowy zostaniemy zawsze usłyszani. Niemniej nie zawsze się rozmawia, a szumy wtedy nie są pożądane.


Oceny

Wygląd: 5/5
Wykonanie: 5/5
Obraz: /5
Dźwięk: 5/5
Funkcje: 4.5/5
Instrukcja: /5
Stosunek ceny do jakości: 3/5
Ogólnie: 4.5/5


Podsumowanie:

Czy warto kupić słuchawki QPAD QH-1339? Osobiście uważam, że tak, gdyż jest to naprawdę kawał dobrego sprzętu. Hałasy są wytłumione, dźwięk przestrzenny jest i mają możliwość podłączenia do komputera, konsoli oraz odtwarzacza. Minusem jest oczywiście mikrofon i cena. Za słuchawki trzeba bowiem zapłacić 1499 zł. Mimo wszystko wyróżnienie się należy – srebrny medal jest tu jak najbardziej na miejscu.

Dawid Nawrocki

sobota, 25 lipca 2009

„Wojna płci”

Kobieta i mężczyzna. Dwie skrajności, tudzież przeciwieństwa. Woda – ogień, słońce – księżyc, miłość – nienawiść, niebo – piekło, a jednak w celu uzyskania pełni szczęścia muszą się połączyć. Bez siebie nawzajem ich życie wyglądałoby niczym bezdenna, pozbawiona jakiegokolwiek sensu próżnia.

„Pragnienie mężczyzny zwraca się ku kobiecie, pragnienie zaś kobiety rzadko zwraca się ku czemuś innemu niż ku pragnieniu żywionemu przez mężczyznę.”
- Samuel Taylor Coleridge

W bardzo ciekawy sposób, różnicę w percepcji świata, wynikającą z odmienności charakterów starał się wyjaśnić John Gray w książce pt.: „Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus”. Wykazał, że poza odmienną budową fizyczną, rządzą nami zupełnie inne wartości, co bywa przyczyną licznych, często niepotrzebnych nieporozumień. Każdą swoją tezę poparł przykładami wziętymi prosto z życia, nie mamy zatem do czynienia z żadną fikcją literacką. Obie płci mają swoje specyficzne zalety oraz wady, które nie są zbytnio zależne od osobowości, lecz głęboko zakorzenione w naszej podświadomości. Autor nie dokonuje wywyższania żadnej z nich, skłania wręcz do wzajemnego zrozumienia swoich zachowań.

Nagonki na płeć spotykamy na porządku dziennym, m.in. w skeczach, prezentacjach, plakatach albo mediach. Niekiedy reklamy nawiązują do „wojny płci”, przykładowo MobilKing – operator sieci komórkowej tylko dla prawdziwych mężczyzn. Ciekawi mnie, czy powstanie telefonia przeznaczona tylko dla kobiet – zważywszy na wzajemne pragnienie „pojechania po ambicji” drugiej płci, sądzę, że wcześniej, czy później tak się stanie.

„Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci.”
- Jane Austen

„Kobiety mają wspaniały instynkt. Wszystko zauważają – z wyjątkiem tego, co oczywiste.”
- Oscar Wilde

Natrafiłam w wyszukiwarce internetowej na zabawne przedstawienie odwiecznego stereotypu mózgów kobiet i mężczyzn. Zachęcam do zapoznania się z nimi poniżej:



MÓZG KOBIETY


MÓZG MĘŻCZYZNY



Czy zgadzacie się z powyższymi schematami?

Verbatim 2.1 Multimedia Portable Speaker System - test


Firma Verbatim kojarzy mi się z produkcją dobrych płyt CD czy też DVD, które wytrzymują bardzo dużo i są sprawne przez długi czas. Tymczasem za kilka dni na naszym rynku pojawią się głośniki od tego producenta. Są one przeznaczone głównie do laptopów, iPhonów i odtwarzaczy. Ich wielkość sprawia, że można je zabrać wszędzie, ale czy są dobre? Zaraz to sprawdzę.

Do testów otrzymałem Verbatim 2.1 Multi Media Portable Speaker System. Ta jakże długa nazwa kryje w sobie dwa małe głośniki, których wymiary są następujące: 10 x 4 i jeden również niewielki subwoofer, który ma 7 cm wysokości i 9 cm szerokości. Do kompletu dołączona jest skórzana torba na głośniki oraz zasilacz. Taki niewielki zestaw sprawia, że bez problemu można zabrać te urządzenie gdzie tylko się chce.

Wnętrze tych małych potworków jest dosyć ciekawe, a twierdzę tak, ponieważ prócz możliwości podpięcia głośników poprzez zasilacz, można je również włączyć po włożeniu odpowiedniej ilości baterii. Dzięki takiemu rozwiązaniu cały zestaw bez problemu będzie nam służył np. podczas podróży pociągiem.

Podpięcie wszystkich elementów ,na które składają się te głośniki w jedną spójną całość nie jest trudne. Wystarczy bowiem wpiąć kolumny oraz zasilacz za pomocą odpowiedniego kabla do subwoofera i zestaw jest gotowy do użycia.

Wizualnie całość prezentuje się okazale. Głośniki bowiem wykonane są z delikatnego, miękkiego plastiku przypominającego gumę. Dzięki temu wyglądają subtelnie i prestiżowo. Dodatkowo ładnie wkomponowane guziki, które znajdziemy na subwooferze dodają urządzeniu uroku. Niebieska dioda, która zapala się po włączeniu głośników nie psuje klimatu. Wręcz przeciwnie, całość pasuje do siebie i jest bardzo estetyczne.

Najważniejszą jednak kwestią w tego typu urządzeniach jest ich moc oraz czystość wydawanego dźwięku.

Kolumny mają moc 2 W i są wzmocnione oraz ekranowane poprzez magnetyczny metal. Dzięki temu dźwięk jest czysty i nie ma problemu skrzeczenia przynajmniej do momentu, kiedy nie podkręcimy basów. Wtedy bowiem subwoofer o mocy 1 W zaczyna burczeć, a kolumny idą w jego ślady. Odradzam więc ustawianie maksymalnej głośności. Jeśli da się niższą moc, to nie będzie problemu z dźwiękiem.

Oczywiście musimy pamiętać, że są to głośniki przenośne i w tej kategorii należy je rozpatrywać. Wiadomo, że 80 W to nie 2 W, ale powiem szczerze, że jak na takie maleństwa, to jestem pozytywnie zaskoczony czystością dźwięku wydobywającego się z nich.



Oceny

Wygląd: 4.5/5
Wykonanie: 4.5/5
Obraz: /5
Dźwięk: 4/5
Funkcje: 4.5/5
Instrukcja: 4.5/5
Stosunek ceny do jakości: 5/5
Ogólnie: 4.5/5

Plusy:

* + wielkość,
* + cena
* + czystośc dźwięku


Minusy:

* czasami burczą


Podsumowanie:

Test może nie jest długi, ale głośniki nie są też wielkie. Na zakończenie miło by było je jakoś zacnie podsumować. Napiszę może tak, polecam głośniki Verbatima wszystkim tym, którzy często podróżują, albo chcą puszczać swoją muzykę z iPhona czy też odtwarzacza. Urządzenie, to bowiem nie zawiedzie Was. Zostało stworzone jako mobilne i w tej kategorii się sprawdza znakomicie. Czysty dźwięk, estetyka, delikatność, skórzany pokrowiec świadczą o klasie, którą można mieć w niewygórowanej cenie 49 zł. Jeśli więc potrzebujecie głośników tylko do takich czynności, jak wyżej opisane, to najnowsze Verbaitmy są dla Was.

Dawid Nawrocki

piątek, 24 lipca 2009

Kryzysowy Harry Potter – recenzja filmu Harry Potter i Książę Półkrwi


Na ekrany kin wchodzi właśnie nowa część Harrego Pottera, która nosi podtytuł „Książę Półkrwi”. Jak wskazuje tytuł, film będzie opierał się w całości na książce, napisanej w 2005 roku przez Joanne K. Rowling. Czy warto iść na tę ekranizację do kina?

Fabuła filmu, jak już wspomniałem, nawiązuje w 100% do książki. Dlatego osoba, która czytała to dzieło literackie, może pominąć ten akapit. W Hogwarcie wszystko wróciło do normy. Zajęcia odbywają się normalnie. Można nawet powiedzieć, że jest lepiej niż zawsze, gdyż Harry radzi sobie z lekcjami eliksirów. Po pierwsze dlatego, że Snape zrezygnował z tego stanowiska i zajął się zajęciami z czarnej magii, a po drugie Potter znalazł ciekawą książkę, z bardzo przydatnymi radami. To właśnie dzięki niej staje sie prymusem. Niestety, siły zła czają się tuż za rogiem. Tym razem główną rolę odegra Malfoy, który podobno otrzymał zadanie od samego Lorda Voldemorta. Jakie to zadanie? Tego, jak i wielu innych rzeczy, fani przygód młodego czarodzieja mogą dowiedzieć się z książki lub z filmu.

Fabuła fabułą, ale jak film przedstawia się w całości? Niestety, muszę rozczarować fanów Harry’ego Pottera, gdyż dzieło wypada blado. Spowodowane jest to przede wszystkim tym, że produkcja nie jest jednolita. Na dobrą sprawę, ciężko odkryć, w którą stronę chciał iść reżyser. Najpierw ukazuje Hogwart, by zaraz potem przenieść widza w plener. Przez taki zabieg całość wydaje się szarpana i zamknięta w sobie. W sumie trochę jest tego i trochę tamtego, a w konsekwencji nie ma niczego, na czym można by zawiesić oko. Bajkowy Harry Potter przeszedł gruntowny lifting i teraz prezentuje się bardziej surowo, posępnie, co nie przypadnie do gustu osobom, którym podobały się poprzednie części Małego Czarodzieja.

Ekranizacja jest szalenie rozmyta. Malfoy i jego intryga, która ukazana jest tylko trzy razy, pozostawia wrażenie niedosytu. Zaś wątek poszukiwania Księcia Półkrwi, mocno rozwinięty w książce, w filmie został potraktowany po macoszemu. Tak na dobrą sprawę, fabuła kręci się wokół afektu Rona i Lavender Brown oraz zazdrosnej Hermiony. Produkcji nie ratuje nawet mecz Quidditcha, który wygląda mało efektownie, a historia Lorda Voldemorta, którą stara się przekazać Harry’emu Dumbeldore, została przedstawiona w trzech scenach. Warto jednak zauważyć, że film trwa ponad 2 godziny.

Trzeba jeszcze wspomnieć o grze aktorów, która jest średnia. Niby bohaterowie przeżywają swoje problemy, ale jakoś mało w tym uczucia. Śmierć Dumbledore’a w książce była przedstawiona naprawdę poruszająco, a Harry bardzo to przeżywał. W filmie zostało to spłycone, przez co ujęciu brakuje dramatyzmu. Motywem ratującym nieco tę fatalną scenę jest niezwykłe pożegnanie Dumbledore’a przez uczniów Hogwartu i nauczycieli. Moment oddania czci dyrektorowi Szkoły Magii i Czarodziejstwa ukazuje, że czarodzieje istnieją jako społeczność z własnymi obrzędami.

Mimo wszystko film ma również swoje plusy w postaci naprawdę efektownych scen . Mnie w pamięci utkwiło kilka mocnych i dobrych obrazów, m.in. sceny z magicznym sklepem Weasleyów, który wygląda naprawdę oszałamiająco. Niesamowite wrażenie robi również walka Dumbledora z Inferiusami w podziemnej jaskini – wyczarowane przez niego morze ognia jest świadectwem potęgi tego czarodzieja. Muszę także wspomnieć o pewnym zabawnym ujęciu, w którym Hagrid, profesor Slughorn i Harry stoją nad ciałem martwego pająka, Aragoga. Cała trójka wygląda wtedy jak „trzech wspaniałych”, przywodząc na myśl klasyczne westerny.

Prócz tego, warto jeszcze wspomnieć o pracy kamery, która jest inna nich w poprzednich częściach. W nowym filmie z tej serii wszystko zmienia się dosyć szybko, dynamicznie i dlatego pojawia się, wspomniany wcześniej efekt niespójności.

Nowy Harry Potter jest filmem, który został wyprodukowany podczas kryzysu i niestety to widać. Mało efektowna, nużąca i strasznie ograniczona wersja Harry’ ego Pottera trafi dzisiaj do polskich kin. Prawdopodobnie widz zapamięta z niego 2-3 sceny – atak Śmierciożerców na dom Rona, Dumbledore’a i Harry’ego w jaskini oraz śmierć wspomnianego profesora

Dawid Nawrocki.

piątek, 17 lipca 2009

Idź i patrz - recenzja


Idź i patrz", radziecki film z 1985 roku, jest najbardziej wstrząsającym obrazem II wojny światowej, jaki kiedykolwiek nakręcono. To obraz o wiele bardziej poruszający (jeżeli w ogóle można te rzeczy porównywać) niż "Lista Schindlera" (1993) czy "Wybór Zofii" (1982). Nawet hasło na plakacie głosi: "To jest wojna jakiej Hollywood nigdy nie pokaże" (This is a war as Hollywood could never portray it). Hasło jest do bólu prawdziwe, bo dla masowej publiczności ten obraz jest po prostu za mocny.

Akcja filmu dzieje się na Białorusi w 1943 roku. Niemcy, cofający się po klęsce stalingradzkiej, plądrują i mordują białoruskie wsie. Ofiarą zbrodni pada 628 wiosek, całkowicie zmiecionych z powierzchni razem z ludnością. Bohaterem filmu jest dwunastoletni chłopiec, który znajduje karabin i postanawia dołączyć do partyzantów. Jednak szybko jego oddział zostaje rozbity przez atak niemieckich spadochroniarzy. Teraz chłopak musi uciekać, ale trafia w sam środek wojennego piekła, którego ogromu nie jest w stanie ogarnąć.

"Idź i patrz" jest arcydziełem porównywalnym z "Czasem Apokalipsy" (1979) Coppoli. Tu też jest motyw podróży przez piekło wojny. Ale film Coppoli nie jest aż tak szokujący i brutalny w przedstawianiu zagłady ludności. Jest to trudna do zniesienia wizja nieludzkiego okrucieństwa i całkowitego zwyrodnienia świata. Film, momentami niebezpiecznie zbliża się do sadystycznego horroru spod znaku gore, ale szczęśliwie nie przekracza pewnych granic. Pozostaje antywojennym dramatem, prawdziwym, choć momentami trudnym do wytrzymania dla widza. Twórcom udało się zmienić historyczne fakty i statystyki , w jeden z najbardziej szokujących i bezkompromisowych filmów o horrorze wojny. Jest to najmocniejsza i najlepsza lekcja historii jaka może istnieć.

"Idź i patrz" to arcydzieło, które powinno być przypominane. Trudno mi polecać ten film, ale na prawdę powinno się go znać.

Bartosz Konarski

czwartek, 16 lipca 2009

Stanisław Michalkiewicz: „Protector traditorum”


Dla każdego, kto choć trochę interesuje się przeszłością i jej wpływem na teraźniejszość, najzupełniej oczywiste jest, że mówiąc tudzież pisząc - np. o drugiej wojnie światowej - odwołujemy się do ogromu zjawisk, jakie były jej istotą. Nikt chyba nie rozpatruje wojny wyłącznie jako sumy operacji militarnych. Coraz częściej badane są aspekty, które dotychczas uważano za mało istotne, bądź ciekawe: logistyka, transport, kwestie ekonomiczne, fiskalne, społeczne, moralne, kulturowe. Pominięcie któregokolwiek ze zjawisk, niejako wykreślenie z listy badań, przyniesie skutek w postaci wypaczenia obrazu wojny. Fałszywy obraz prowadzić może wyłącznie do wyciągnięcia sfingowanych wniosków, a przecież nie o to chyba chodzi? Utrzymywanie tego stanu patologii poznawczej wcześniej, czy później przerodzi się w zjawisko degeneracji myśli historycznej.

Wydawać by się mogło, że opisana powyżej zasada – analizowania i badania wszelkich aspektów przeszłości w celu uzyskania jej obiektywnego obrazu – winna obowiązywać zawsze i wszędzie. Tymczasem w niepodległym państwie, gdzie nie ma cenzury, zaś występuje swoboda badań naukowych, pojawiła się strefa demencji historycznej. Gdyby nie wybitnie świecki oraz amoralny charakter zjawiska, użyłbym określenia „tabu”, ewentualnie „sacrum”. Równie dobrze jednak pasuje epitet „biała plama” - rozumiany jako temat wstydliwy, trudny, kontrowersyjny, na który najlepiej spuścić kurtynę milczenia i zapomnienia. Tym wątkiem jest lustracja, a raczej jej brak oraz tzw. „święte krowy”.

Stanisław Michalkiewicz - absolwent studiów prawniczych UMCS w Lublinie i podyplomowego Studium Dziennikarstwa UW. Od 1972r. związany z działalnością, a także wydawnictwami antykomunistycznymi. Publicysta, edytor prac o charakterze historycznym, ekonomicznym oraz politycznym. W stanie wojennym (1982r.) internowany w Białołęce. W latach 1992–1993 zasiadał jako sędzia Trybunału Stanu. Przez cały ten czas aż po dzień dzisiejszy jest czynnym zawodowo publicystą, autorem książek oraz wykładowcą akademickim. Człowiek wybitny, zawdzięczający sukces wyłącznie swej pracy, odwadze i niezłomności - co zapewne kole w oczy rzesze miernych, samozwańczych autorytetów.

„Protector traditorum” (z łac. „Obrońca zdrajców”) to kolejna, niezwykle istotna publikacja w dorobku Stanisława Michalkiewicza. Nie opisuje w niej praktyk stosowanych przez komunistyczną bezpiekę do „łamania” ludzi. Nie spotykamy tych, co w wyniku donosów tracili pracę, mieszkania, czasem wolność, zdrowie tudzież nawet życie. Nie mamy do czynienia z ludźmi, których dzieci zostały wyrzucone ze szkoły, czy też uczelni w wyniku donosu. Zebrane w książce felietony ukazują w całej ohydzie i cynizmie procesy socjotechniczne, wypaczające najnowszą historię Polski poprzez powstrzymywanie procesów lustracyjnych, a szerzej – dekomunizacyjnych. Dzieło pomaga również zrozumieć wynikające z tego, urągające rozumowi paradoksy, gdzie pomstowanie na upadek obyczajów i prowadzenie walki politycznej „teczkami” splata się z gorączkowym poszukiwaniem „kwitów” oraz „kompromatów” na przeciwników politycznych. Gdzie kryształowe autorytety bohatersko walczą z systemem i nie wiedzieć czemu sprzeciwiają się ujawnieniu zawartości ubeckich archiwów, będących najdokładniejszą dokumentacją ich heroizmu. W czasach, kiedy wszyscy walczyli z systemem, a ów jakimś cudem trwał przeszło 45 lat, masakrując przy tym opozycję. Gdzie szary obywatel pisząc donos dokładnie wiedział, jaki bezpieka robiła z niego użytek i dziś ma pewność, że nie szkodził. Można by tak wymieniać bez końca.

Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”. Owe słowa Erica Arthura Blair'a (znanego lepiej jako Georga Orwella) stają się w trakcie lektury książki upiornie prawdziwe.

Warto zwrócić na koniec uwagę na pewien fenomen. Stanisław Michalkiewicz, publikując swoje artykuły i felietony - pisane na przestrzeni 15 lat (1992– 2007) - ukazuje ewolucję własnego stylu dziennikarskiego. Widzimy jak stara się odnaleźć właściwą drogę, dryfującą na granicy wyłuszczenia wszystkich szczegółów i aspektów sprawy a przekazania tego, co uważa za najważniejsze. Mamy zatem do czynienia z procesem kształtowania mistrzowskiego pióra. Doprawdy, niezwykłe wrażenie.

Chciałbym jeszcze napomnieć o małym zastrzeżeniu, nie tyle pod adresem Autora - ile wydawców, gdyż sprawa dotyczy wielu tego typu publikacji. Nie każdy jest w stanie zapamiętać „tych wszystkich barbarzyńców” - jak napisał K. J. Yeskov. Szczególnie dotyczy to młodszych pokoleń, które często nie znają owych wydarzeń. Może warto byłoby wreszcie zacząć opatrywać publikacje przypisami?


Stanisław Michalkiewicz: „Protector traditorum”

Wydawnictwo: von Borowiecky

Rok: Warszawa 2007


Michał Nawrocki




środa, 15 lipca 2009

La Traviata - recenzja

Mówi się, że gdy po raz pierwszy człowiek ujrzy operę na własne oczy, to albo się w niej zakocha do końca swoich dni, albo ją znienawidzi. Traf chciał, że pierwszym scenicznym dziełem muzyczno-wokalno-instrumentalnym, które zobaczyłem była: La Traviata. Bilet na dostałem zupełnie niespodziewanie. Pewnego dnia, tak po prostu, moja mama weszła do pokoju i mi go wręczyła.

Recenzja Traviaty w reżyserii Mariusza Trelińskiego dostępna jest tutaj.

La Traviata jest utworem napisanym przez dobrze znanego każdemu - Giuseppe Verdiego, który zasłynął przede wszystkim ze znakomitych oper takich jak: Rigoletto czy Trubadur. Oczywiście jedną z nich jest wyżej wymieniony przeze mnie tytuł, który chcę Wam przybliżyć. La Traviata bowiem już od 155 lat urzeka kolejne pokolenia. Wzruszająca opowieść o nieszczęśliwej miłości Violetty do Alfreda łamie nawet serca czarne jak „smoła”.

Violetta Valéry poznaje Alfreda Germonta podczas przyjęcia, zorganizowanego przez Hrabiego Gastona de Letorieresa. Dojrzała już kobieta nie wierzy w miłość, mimo wszystko młodziutki jeszcze Alfred zmienia ten stan. Obydwoje zakochują się w sobie bez granic i uciekają z Paryża. Ukrywają się w wiejskiej posiadłości. Tam przeżywają bardzo szczęśliwe chwile. Violetta, aby jak najdłużej zatrzymać przy sobie swego lubego, powoli sprzedaje cały majątek. W pewnym momencie Alfred dowiaduje się o tym i wyjeżdża do Paryża, w celu zdobycia pieniędzy. Podczas jego nieobecności Violettę odwiedza ojciec młodzieńca - Giorgio Germont. Chce doprowadzić do zerwania. Oskarża kobietę niszczenie syna i traktowanie go jak zabawki. Głęboko urażona Violetta pokazuje mu papiery, potwierdzające sprzedaż wszystkiego, co posiadała. Akt ten bardzo wzrusza Germonta, ale wie, że jeśli ten związek będzie trwał nadal, to jego rodzona córka nie będzie mogła wyjść za bogatego męża. Violetta daje się w końcu namówić i pisze list pożegnalny do Alfreda. To jednak nie koniec historii. Zakochani jeszcze nie raz się spotykają. Niestety nie mogę zdradzić dalszych losów tych dwojga i bardzo się z tego powodu cieszę, gdyż byłoby to bardzo krzywdzące dla tej opery. Moim zdaniem każdy powinien ją zobaczyć od początku do końca. Na pobudzenie Waszej ciekawości dodam jeszcze, że fabuła na pewno nieraz Was zaskoczy.

Oczywiście oprócz wspaniałej fabuły mamy do czynienia z niesamowitą grą aktorów. Jak przystało bowiem na Operę Narodową, wszystko w niej jest perfekcyjnie dograne i wykonane. Aktorzy na scenie wspaniale ukazują emocje, jakie przeżywają ich bohaterowie. Dzięki temu stali mi się bardzo bliscy. Można ująć, że w pewnym sensie przenieśli na mnie swoje wewnętrzne rozterki. Do ich wspaniałej gry dochodzi jeszcze przepięknie śpiewający chór oraz orkiestra, pod batutą Tomasza Bugaja, które jeszcze bardziej potęgują doznania natury estetyczniej. Moje jestestwo było tym wszystkim zachwycone. Radość, smutek, śmierć - wszystko odczuwałem dogłębnie, zupełnie tak, jakbym to sam przeżywał. Mimo wszystko nie bałem się wyrażać swoich emocji, gdyż właśnie takie jest zadanie opery. W tej ciemniej loży, z pewnością, nie tylko ja się wzruszyłem.

Na oddzielny akapit zasługują jeszcze: oprawa sceniczna oraz stroje. W tej kwestii również opera wypada bezbłędnie. Moje oczęta nasyciły się tak głęboko, że długo nie mogły zapomnieć tego, co widziały. Doskonałe i urzekające otoczenie – bogate w elementy z minionej epoki oraz wspaniałe, wyglądające jak nowe, perfekcyjnie uszyte i uderzające niesamowitą kolorystyką stroje, zniewoliły moje oczy. Naprawdę, uwierzcie mi, że to co widzicie na zdjęciach, dołączonych do tej recenzji, to tylko namiastka tego, co zobaczycie oglądając tę operę na żywo.

La Traviata składa się z 3 aktów i trzeba przyznać, że jest ona artyzmem. Nie boję się tutaj użyć tego słowa. Moim zdaniem jest to naprawdę wybitne dzieło. Tę operę polecam każdemu, gdyż jest warta swojej ceny.

Libretto - Francesco Maria Piave wg sztuki Aleksandra Dumasa: "Dama kameliowa"
Prapremiera - Gran Teatro La Fenice, 6 marca 1853, Wenecja
Prapremiera polska - 27 kwietnia 1856, Teatr Wielki, Warszawa
Premiera tej inscenizacji - 22 lutego 1987
Sala Moniuszki
Dyrygent - Tomasz Bugaj
Inscenizacja i reżyseria - Marek Weiss-Grzesiński
Dekoracje - Wiesław Olko
Kostiumy - Irena Biegańska
Choreografia - Emil Wesołowski
Przygotowanie chóru - Bogdan Gola
Soliści, Chór, Balet i Orkiestra Opery Narodowej

1 - Film „Bajka”: „Serce czarne mam jak smoła nikt go złamać nie podoła”

Dawid Nawrocki

http://www.stacjakultura.pl/2,8,6511,Traviata_recenzja_opery,artykul.html