wtorek, 14 lipca 2009

Super namiot

Mimo upływu lat, kamping nadal cieszy się powodzeniem. Zauważył to brytyjski oddział firmy Orange i postanowił stworzyć nowoczesny namiot.

Namiot mimo, że wygląda jak wszystkie tego typu produkty, został wzbogacony o kilka ciekawych rozwiązań. Na uwagę zasługują tutaj baterie słoneczne, które ładują się w dzień. Wodoodporna i nagrzewająca się mata – gdy temperatura spada włącza się grzałka. Wyświetlacz LCD, który działa dzięki skumulowanej energii – pozwala łączyć się z Internetem i ustalać temperaturę w namiocie. Na dodatek namiot wysyła swoje położenie. Dzięki temu nigdy się nie zgubimy.

Mam nadzieję, że ten prototyp nie zostanie tylko prototypem...



Dawid Nawrocki

Urodziny Solid Snake`a

Pewnie mało ludzi pamięta, że 12 lipca 1987 pojawiła się pierwsza gra z serii Metal Gear Solid przeznaczona dla komputera MSX2. Oznacza to, że Snake ma już 22 lata.

Przez ten czas Solid Snake przeżywał swoje przygody na wielu platformach. Poczynając od wspomnianego wcześniej MSX’a, przechodząc przez blaszaki, konsole Sony i Nintendo, a kończąc na maszynie Microsoftu. Snake wypromował również swojego twórcę, Hideo Kojimę oraz gatunek gier „stealth games”.


Wszystkie gry z serii Metal Gear i Metal Gear Solid sprzedały się w ilości ponad 26,5 miliona egzemplarzy, a przygody Snake’a, mimo lat, nadal cieszą się ogromnym powodzeniem. Świadczą o tym liczne strony fanowskie, gadżety, koszulki. Oby tak dalej.

Happy birthday Snake!

Dawid Nawrocki

poniedziałek, 13 lipca 2009

Benzyna z dwutlenku węgla


Chemicy z Lublina opracowali technologię, pozwalającą przetwarzać dwutlenek węgla na benzynę.

Wynalazcy mają podpisać porozumienie z Elektrociepłownią Lublin-Wrotki, która ma im dostarczać dużych zapasów CO2.

Paliwo będzie produkowane w Kędzierzynie-Koźlu, gdzie za 20 milionów złotych ma powstać pierwsza na świecie instalacja tego typu.

Jeden z profesorów wytłumaczył w” „Rzeczypospolitej”, na czym polega proces zamiany dwutlenku na benzynę: "Wykorzystaliśmy sztuczną fotosyntezę, reakcję chemiczną, podczas której woda i dwutlenek węgla, po dodaniu katalizatora i pod wpływem głębokiego ultrafioletu zamienia się w metanol. Potem poddajemy go separacji termicznej i syntezie MTG (z metanolu w benzynę). Otrzymujemy syntetyczne węglowodory, które praktycznie nie różnią się od substancji, jaką lejemy do baków samochodów”.

Podobno koszt wyprodukowania litra benzyny za pomocą tej technologii ma wynieść ponad 40 groszy.

Rafał Hryniewski
Gildia.pl

Groteska jączana - Czesław Mozil, Czesław śpiewa; Debiut, 2008. wyd.: Mystic Production


Groteska jączana

Czesław Mozil, Czesław śpiewa; Debiut, 2008. wyd.: Mystic Production

Z połączeń gatunków powstała muzyka,

która się wszelkim ocenom wymyka.

Finalny efekt psychicznie dziwny

i do wszystkiego alternatywny...

... że tak sobie na wstępie zrymuję, hej!

Inna sprawa, że doprawdy trudno solowy debiut Czesława Mozila opisać tym bardziej, że przecież nie w przypinaniu łatek i szufladkowaniu rzecz. Najzabawniejsze, że jakąkolwiek łatkę przypiąć, jakiekolwiek źródła inspiracji i nawiązania gatunkowe wskazać, jakkolwiek zaszufladkować. Każde twierdzenie będzie zarazem bezsprzecznie prawdziwe jak i całkowicie błędne. Istny koszmar krytyka muzycznego!


Przede wszystkim zwraca uwagę muzyka komponowana przez akordeonistę Czesława Mozila. Szaleńczy collage stylów swój niepowtarzalny klimat zawdzięcza w dużej mierze ironicznemu dystansowi, jaki ten absolwent Royal Danish Music Academy, najwyraźniej zachowuje wobec świata, swojej twórczości i siebie samego. Za każdym razem jednak, czy to słuchając nagrań Tesco Value, którego Czesław Mozil jest założycielem, czy komentowanej właśnie płyty, nie ma najmniejszych wątpliwości co do osoby twórcy. I jeszcze ten wokal Czesława – zahaczający o brak umiejętności, ocierający się o fałsz, dziecinny, niedorzeczny, a przez to tak wspaniale synchronizujący z muzyką Mozila. To zarazem olbrzymi kontrast i wyzwanie rzucone paździerzowym , plastikowo chrypiącym tandeciarzom czy silikonowym blond idiotkom, o tak bezbarwnych głosach, że ich teledyski najwięcej zyskują po wyłączeniu dźwięku.


Do tego wszystkiego, dochodzą teksty Michała Zabłockiego, napisane wespół z internautami. Do zabawy dźwiękiem dochodzi niezwykła zabawa słowem, trywialna, sowizdrzalska, równie jak muzyka groteskowa i pełna ciepłej ironii. Całość daje niezwykły zaprawdę efekt, skierowany do wszystkich, którzy nie stronią od eksperymentów muzyczno – lirycznych, potrafią bawić się słowem i dźwiękiem , odkrywając coraz to nowe możliwości interpretacji twórczości.


Czesławowi Mozilowi udało się osiągnąć coś niezwykle ważnego i trudnego dla artysty – wypracował własny, niepowtarzalny i w związku z tym – rozpoznawalny – styl muzyczny. Mało tego – zachodzi wszelkie prawdopodobieństwo uniwersalizmu jego twórczości, która pasuje praktycznie wszędzie. Do teatru (Cz. Mozil jest również kompozytorem muzyki teatralnej) i do podrzędnej knajpy. Do piwnic cyganerii i na ulice Paryża. Do kabaretu, na festiwal poezji śpiewanej i do największych sal koncertowych. Na festiwale jazzowe i do portowej tawerny. Na stypę i na wesele. Dosłownie wszędzie.


Lista utworów:

  1. Ucieczka z wesołego miasteczka
  2. Tyłem do przodka
  3. Maszyna do świerkania
  4. Żaba tonie w betonie
  5. Wesoły kapelusz
  6. Mieszko i Dobrawa jako początek Państwa Polskiego
  7. Pożycie małżeńskie
  8. Kradzież cukierka
  9. Język węża
  10. Efekt uboczny trzeźwości


Twórczość Czesława Mozila trudno zrecenzować, a jeszcze trudniej ocenić. Ponieważ jednak taki jest wymóg portalu – ocena 10/10.


Do tego różowiutki kaftanik bezpieczeństwa z atłasowymi troczkami . Gdyż na koncertach zapomina się o „wspaniałej inaczej” szarej codzienności.


O Czesławie Mozilu można poczytać (i posłuchać – oprócz You Tube) na:

http://czeslawspiewa.com

http://myspace.com/czeslawspiewa


autor: Michał Nawrocki


niedziela, 12 lipca 2009

Grand Theft Auto 4 - recenzja


Marzenie o bogactwie i sławie nie raz zawitało w naszym umyśle. Praktycznie każdy z nas chciałby zostać „kimś”, żyć w dostatku, mieć pełno znajomych oraz ładne samochody. Taką mrzonkę miał również bohater gry - Niko Bareti, który przyjechał z Rosji do swojego brata (mieszkającego w USA) z przekonaniem, że prowadzi naprawdę dochodowy interes. Niestety rzeczywistość była zupełnie inna. Okazało się bowiem, że jego brat wcale nie jest tak wysoko ustawiony w hierarchii społecznej, będącej zdominowaną przez zielone banknoty. Na dobrą sprawę miał poważne problemy finansowe, zaś my musieliśmy mu pomóc, zarabiając przy tym pieniądze.
Po wcieleniu się w główną postać - dość szybko zostajemy wciągnięci do nielegalnej pracy i zaczynamy zabijać pierwszych ludzi. Pozostałe wydarzenia musicie poznać sami. Fabuła najnowszego GTA jest bowiem naprawdę doskonale napisana. Nieoczekiwane zwroty akcji, przyjaźnie do końca życia oraz dwa zakończenia. To wszystko sprawia, że trzeba powiedzieć prosto z mostu: „GTA IV jest pod tym względem ideałem.”. Co zaś z resztą?

Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Najnowsza odsłona Wielkiej Kradzieży Aut to pierwsza wersja tej serii, którą przeznaczono na nową generację konsol. Zaowocowało to oczywiście nowym silnikiem graficznym, znacznie potężniejszy od znanego nam z poprzednich części. Niemniej to, co R zrobiło z mocą drzemiącą w Xboxie 360 i PlayStation 3 przechodzi ludzkie pojęcie. GTA stało się tworem, który jest czymś niesamowitym. To, czego doświadczyliśmy w GTA 3, GTA VC, czy też GTA S.A. jest jedynie namiastka tego, co można jeszcze wpakować do tej gry. Czemu „namiastką”? W GTA IV wszystko jest potężniejsze, bardziej rozbudowane i dopracowane. Pamiętacie przykładowo sklepy w GTA S.A? Teraz jest ich znacznie więcej, dodatkowo (w zależności od dzielnicy) pozwolą nam zakupić odpowiedni styl ubrania, dominujący wśród członków danej społeczności. W dzielnicy rosyjskiej będziemy mogli kupić „seksowny” dres i skórzaną gangsterską kurtkę. W rewirze dla bogaczy natrafimy zaś na piękne koszule, drogie paski oraz najdroższe garnitury. Nie inaczej będzie z zachowaniem mieszkańców (zależnym od statusu społecznego) tudzież samochodami. Ludzie bogatsi chodzą w pięknych rzeczach i odnoszą się z cała kurtuazją. W gorszych dzielnicach spotkamy ich przeciwieństwa - drobne rzezimieszki, przeklinające kobiety, ćpuny zaczepiające Cię na każdym kroku, czy też panny - wykonujące najstarszy zawód świata. Z takim właśnie klimatem będzie nam dane się obeznać. Przypada do gustu? Dla mnie to niebywałe. Wszystko odnosi się do rzeczywistości, zachwyca od samego początku, a wraz z przechodzeniem kolejnych etapów gry zdumienie nie znika. Miasto staje się coraz bardziej zadziwiające. Zawdzięczamy to zmianom architektonicznym w grze. Z początku nasze oczy zobaczą niskie (niekiedy z odpadającym tynkiem) budynki, natomiast po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyłonią się przepiękne wieżowce, które bądź, co nie bądź odpowiadają tym w Nowym Yorku.

Metropolia zasypia i budzi się jej drugie oblicze...

Nastała noc, ale Liberty City nie śpi. Zarówno w dzień, jak i w nocy kręcą się ludzie. Oczywiście mniej jest wśród nich jednostek uczciwych, więcej za to łobuzów. Poszczególne fragmenty miasta ponownie ze sobą kontrastują. W centrum widzimy piękne neony i bardzo dużo świateł, a w slumsach panuje ciemność – sprzyja to przestępczym machlojkom. Twórcy nie zapomnieli również o efektach atmosferycznych. Burza i towarzyszący jej deszcz daje ukojenie po upalnym dniu. Wyładowania – w postaci grzmotów, piorunów – sprawiają ponadto, że nawet samochód zaczyna drżeć (a przy tym pad). Miłym zaskoczeniem były dla mnie różnego rodzaju smaczki, ale o nich opowiem w kolejnych rozdziałach.

Diamenty są najlepszym prezentem dla kobiety...

Na początku trzeba zaznaczyć, że nie tylko dla kobiety, gdyż „diamentów” w grze jest doprawdy dużo i mężczyźni również będą z nich wielce zadowoleni. Po pierwsze ogromnym zaskoczeniem dla mnie było rozkładanie przez przechodniów parasola, w momencie, kiedy deszcz zaczął padać. W kolejny zachwyt wprowadził mnie jeden z kierowców, który naprawiał swoją „brykę” na poboczu. Na tym jednak nie koniec, albowiem takowych smaczków jest więcej. Nawet pani lekkich obyczajów ma kilka rodzajów usług – najtańszy jest masarz.. (wiecie czego:)).

Do naszej dyspozycji zostały oddane kawiarnie, bary, kręgielnia, dyskoteki, bądź striptiz. Lokali jest naprawdę dużo. Warto wspomnieć, że niektóre z nich dostępne są tylko wtedy, kiedy jesteśmy z dziewczyną - tak samo jak w GTA S.A. możemy poznać jakąś miłą kobietę i zaznać z nią niezapomnianych chwil w restauracji. Oczywiście płeć piękna, tak jak i w prawdziwym życiu, różni się od siebie. Jedna nie zwraca uwagi na to jak się ubierasz i czym jeździsz, a druga zacznie Ci wypominać, że powinieneś kupić sobie coś droższego, bo wyglądasz jak brudas. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niewiasty poznajemy za pomocą Internetu! Tak moi drodzy - w Liberty City jest sieć. Dzięki niej będziemy mogli oglądać witryny, oczywiście nie te prawdziwe, ale stworzone na potrzeby gry. Stron jest sporo, więc nie będzie nam się nudziło. Najważniejszy z tego wszystkiego jest e-mail i strona z możliwością poderwania faceta, bądź babki. Resztę stanowią miłe dodatki.

Mów mi więcej...

Samochody to nieodłączny element Wielkiej Kradzieży Aut. Prezentują się jeszcze bardziej okazale. Na dobrą sprawę, każdy z możliwych pojazdów występuje w grze - raz na ulicy zobaczymy kompletnego „rzęcha”, innym razem zaś przepiękny sportowy wózek. Motorów oczywiście też nie zabrakło. Cztery typy jednośladów na pewno wystarczą każdemu: ścigacz, motokros, skuter i charlej. Nie można też zapomnieć o helikopterach tudzież motorówkach - ponownie włączono je do gry. Jedynym defektem jest niedopracowane lądowisko w mieście. Chociaż widok z helikoptera jest niesamowity, to wówczas, gdy już „zaparkujemy” na wieżowcu (w specjalnie wyznaczonym do tego punkcie), niestety nie będziemy mogli zejść na dół. Pozostaje tylko zlecieć i wylądować na ulicy. Na pochwałę zasługuje możliwość przejazdu taksówką jako pasażer, oglądanie telewizji, rany pojawiające się na ciele naszego protagonisty i pewnie wiele innych elementów, o których zapomniałem napisać. Na pewno odkryjecie je przechodząc GTA IV.

Zgrzyt...

Niestety – zarówno w życiu prywatnym jak i w grze muszą pojawić się „ciernie”. GTA jest ogromne, wiele elementów zostało wspaniale dopracowanych, ale niestety czasami animacja zwalnia. Niektóre elementy tła doczytują się tuż przed nosem. Nie stanowi to miłego efektu i tutaj tkwi minus tego przedsięwzięcia. Kolejne zastrzeżenia mam do kolizji samochodów. Jedno – stosunkowo lekkie uderzenie - sprawia, że prawie cały samochód się rozwala, znacznie potężniejsze zaś pojazdowi szkód nie robi. Trochę to dziwne.

Czy coś jeszcze? Nie przypominam sobie. Może i bym coś znalazł, ale po co się czepiać na siłę? Te minusy występują dosyć często i właśnie dlatego utknęły mi w pamięci.

Werdykt.

Nowe GTA to gra, w którą każdy powinien zagrać. Ogromne, wspaniale zaprojektowane miasto; ciekawe misje; długa fabuła; niesamowita wręcz ilość misji pobocznych (strzelanie do gołębi tudzież unikalne skoki); możliwość spenetrowania wielu budynków i niesamowity power! To wszystko możecie zobaczyć w najnowszej odsłonie GTA. Każdy powinien ją dodać do swojej kolekcji.
Plusy:
+ Rozbudowanie
+ Fabuła
+ Wielkość miasta
+ Grafika

Minusy:
- grafika (zwolnienia anmiacji)
- kolizje

Ocena 9,5/10

Dawid Nawrocki

sobota, 11 lipca 2009

The Day The Earth Stood Still - recenzja

Czy zastanawialiście się kiedyś, czy gdzieś w przestrzeni kosmicznej jest ktoś, kto od dawien dawna obserwuje ludzkość? Spisuje informacje i pilnuje, abyśmy zachowywali się „grzecznie” oraz nie prowadzili działań destrukcyjnych? Podpatruje nasze poczynania, po czym stwierdza, że nasza rasa jest niebezpieczna, więc postanawia ją zniszczyć?

Powyższe pytania stanowią poniekąd fabułę nowego kinowego remake’u pt.: „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. To odświeżona wersja filmu z 1951 roku, opowiadającego o dziwnej inwazji obcych, którzy mają za zadanie uratować naszą planetę. W roli „obcego” w nowej wersji wcielił się Keanu Reeves. Przybywa na Ziemię w wielkiej, świecącej kuli, ponadto w towarzystwie ogromnego robota, który – jak się później okazuje – jest niezniszczalny i ma przyczynić się do naszego unicestwienia. Przybysz chce rozmawiać oraz negocjować z przywódcą rasy ludzkiej. Dochodzi jednak do pewnego incydentu – ludzie ranią gościa, a następnie zamykają go w laboratorium. Wprawdzie pomagają mu wrócić do zdrowia, ale ich głównym zamiarem jest jego brutalne przesłuchanie. W całe zajście wplątana zostaje dr Helen Benson – jedyny łącznik obcego z ludźmi. Kosmita opowiada bohaterce o celu swojego przybycia. Istoty ludzkie długo były pod obserwacją jego rasy, jednak nie udało się im zdać egzaminu na anty-destrukcyjne działania. Człowiek dąży nie tylko do samounicestwienia, ale (co dla Klatoo jest najważniejsze) jest również ogromnym zagrożeniem dla „matki Ziemi” – kiedy ona umrze, to ludzkość także, ale wówczas, gdy my znikniemy, Ziemia przetrwa. Amerykańskie wojsko postanawia za wszelką cenę zniszczyć obcych. Pani doktor wie jednak, że jedynym wyjściem jest zmiana zamiarów gościa z innej galaktyki. Czas ucieka, unicestwienie się zbliża, zaś „wybawca” naszej planety nieugięty. Wszystko w rękach jednego człowieka. Helen musi uwodnić Klatoo, że ludzkość zasługuje na drugą szansę. A może w ogóle się nam nie należy? Czy ludzie nie mogą się zmienić? Czas postawić sobie to pytanie i zostać rozgrzeszonym z przeszłości naszej rasy.

„The Day The Earth Stood Still” to dobry thriller, który potrafi trzymać widza w napięciu od początku do końca. Zawiera w sobie nieco z „War of the Worlds”, „Cloverfield” i „Bliskiego spotkania trzeciego stopnia”. Jako film z serii science-fiction opiewa w świetne efekty specjalne. Zwłaszcza animacja nadciągającej destrukcji zrobiła na mnie wrażenie. Pod względem aktorskim produkcja również stoi na wysokim poziomie. Reeves jeszcze nie miał okazji sprawdzić się jako „ósmy, obcy pasażer”, ale widać, że wcielenie się w kosmicznego obserwatora nie sprawiło mu dużego problemu. Jak zawsze spisał się bardzo dobrze, a jego filmowa partnerka Jennifer Connelly stworzyła z nim świetny duet. W trzecioplanowej roli pojawia się także John Cleesy, który mimo tego, że odegrał krótki moment jako doświadczony naukowiec, nie pozwolił nam nie zauważyć swojej profesjonalnej gry aktorskiej. Chociaż produkcja jest zadowalająca, to nie „wyrywa” z siedzenia – nie można zatem dać jej o wiele wyższej noty niż „bardzo dobry”. Trzeba przyznać, że to remake z nietypową fabułą. Odstaje od standardowych filmów science fiction. Specjalnie do kina nie ma się po co wybierać, ale jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć ten film, to warto to zrobić.

Ocena: 6/10

Reżyseria: Scott Derrickson
Scenariusz: David Scarpa, Edmund H. North
Obsada: Keanu Reeves, Jennifer Connelly, Jaden Smith
Gatunek: thriller, s-f

Kuba Lipczik


piątek, 10 lipca 2009

Déjà vu - a co to?


Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się być po raz pierwszy w jakimś miejscu i odebrać przez chwilę wrażenie, że już kiedyś je widzieliście? Elementy krajobrazu wydawały się dziwnie znajome? Z niewiadomych powodów znaliście ludzi, których twarze widzieliście pierwszy raz na oczy? Byli Wam w zagadkowy sposób bliscy? Jeżeli tak, to bez wątpienia mieliście do czynienia ze zjawiskiem Déjà vu.

Zagadnienie déjà vu wywodzi się z języka francuskiego i w dosłownym tłumaczeniu oznacza: „już widziane”. To wrażenie, jakie odbiera jednostka znajdująca się w obliczu sytuacji, w której uczestniczy po raz pierwszy, lecz ma świadomość, że takie samo zdarzenie miało miejsce w nieokreślonej przeszłości. Owo odczucie łączy się z przekonaniem, że z racjonalnego punktu widzenia jest to nierealne. Specjaliści traktują déjà vu jako „krótkotrwałe spięcie” w mózgu, występujące pomiędzy bieżącym odbiorem rzeczywistości a pamięcią długotrwałą (zbiór śladów pamięciowych – o nieograniczonej pojemności oraz czasie przechowywania – o których nie myślimy na co dzień, lecz nie są przez nas całkowicie zapomniane) tudzież pamięcią głęboką (magazynuje wszystkie przemyślenia osobiste, poglądy i sekrety jednostki; najprawdopodobniej zaczyna się już w brzuchu matki i poczyna odbierać wówczas wszelkie sygnały z otoczenia).

Zjawiska déjà vu nie można wiązać tylko i wyłącznie z percepcją wzrokową, gdyż odnosi się do wielu innych elementów, którym przyporządkowano różne nazwy, np.: déjà entendu (już usłyszane), déjà lu (już czytane), déjà goûté (już smakowane), déjà visité (już odwiedzane), déjà rêvé (już śnione), déjà vécu (już przeżyte), déjà su (już poznane intelektualnie), déjà connu (już poznane persony) itp.

Do cech charakterystycznych déjà vu należą:

- nagłe pojawienie się (nigdy nie można przewidzieć, kiedy nastąpi tudzież go świadomie wywołać)

- czas trwania sięga od kilku do kilkunastu sekund

- prekognicja (występuje stosunkowo rzadko; polega na umiejętności przewidywania zdarzeń, które jeszcze nie miały miejsca, lecz nastaną w przyszłości)

- jednostka doświadczająca déjà vu nastawiona jest krytycznie wobec tego zjawiska (nie wierzy w przypadkowość; wie, że jest to mimo wszystko nierealne), ponadto nie potrafi jasno określić „kiedy i gdzie” owo wydarzenie miało miejsce

- nie jest chorobą psychiczną ani problemem zaburzenia osobowości

Zjawisko déjà vu jest bez wątpienia bardzo enigmatyczne i tak naprawdę nie wiadomo, czy uda się je kiedykolwiek do końca wyjaśnić. Wiążę się niekiedy z reinkarnacją (pozostałością pamięci z poprzedniego życia), ze snami (dane wydarzenie mogło nam się przyśnić – we snach budzi się nasza wyobraźnia), a także nadzwyczajnymi umiejętnościami (przewidywaniem przyszłości z zakresu zjawisk paranormalnych).


Alicja Paluch