środa, 29 października 2008

FaceBraker - recenzja


Wszystko zaczęło się niepozornie. Mniej więcej o 9:00 zadzwonił do mnie Gambit z informacją, że czeka na mnie gra w redakcji. Podreptałem więc po nią. Zajrzałem na półkę i tak oto wszedłem w posiadanie gry FaceBraker. Tytuł ten pewnie nie jest wam dobrze znany, ale główne założenie twórców z firmy Electronic Arts było proste. Ma to być tytuł, który będzie podobny do NBA Street, czy też NFL Street.

FaceBraker to gra bokserska, która, dzięki przeniesieniu w nowe środowisku, powinna zyskać na żywotności. Dlatego w produkcji tej nie zabrakło pastelowych i bardzo kolorowych postaci, ujrzymy też zadziwiająco szybkie ruchy zawodników i unikalne ciosy. Są tutaj bokserzy, którzy pokażą nam swoje nadprzyrodzone uderzenia, a my, aby je zobaczyć musimy naciskać tylko dwa klawisze. Szybkie ciosy polegają na naciskaniu guzików (pierwszy odpowiedzialny za górne bicie, a drugi za dolne), a silniejsze na przytrzymaniu ich. Blokowanie zaś uderzeń oponenta też nie należy do najtrudniejszych rzeczy. Trzymamy po prostu jeden klawisz i tyle. Resztę zrobi nasz zawodnik. Chyba, że chcemy unikać ciosów, wtedy naciskamy odpowiedni klawisz i wykręcamy gałkę.

Face Braker
Tytułowa nazwa oczywiście znalazła swoje miejsce w grze. To nawiązanie do gamebrakera z gry NBA Street. Tak jak tam, tak i tu musimy naładować odpowiedni pasek. Tym razem robimy to przez zadawanie obrażeń naszemu przeciwnikowi. Gdy już tego dokonamy, naciskamy odpowiedni klawisz, a nasz protagonista wykona nokautujący cios. Wygląda to naprawdę efektownie, ale do czasu. Animacje bowiem cały czas są te same. Jeden facebraker dla jednej postaci. Nie ma mowy o większej ilości wstawek kończących walkę. Oczywiście możemy wykorzystać pasek facebraker wcześniej, ale nasze uderzenie będzie przez to mniej efektywne – nie będzie K.O. na ekranie.

Cukier, słodkości i różne śliczności
Graficznie nie jest najgorzej. Postacie są animowane bardzo dobrze. Na ich kolorowych buziaczkach bez problemu zobaczymy rany, jakie doznały podczas walki. W ferworze zabawy nie ujrzymy też zwolnień animacji, mimo że lewych i prawych prostych podczas zabawy wyprowadzimy niesamowicie dużo.

Muzyka, głosy oraz odgłosy. Tutaj gra wypada dwojako. Muzyka bowiem jest średnia. W menu jakieś dziwne odgłosy, przy których nawet orangutan nie chciałby tańczyć, a podczas walki nagle potrafią się włączyć jakieś dziwne bębenki. Godne uwagi są głosy zawodników, którzy straszą nas tym, że przegramy. Twarde męskie basy i pociągające kobiece soprany, na pewno spodobają się wielbicielom gatunku. Uderzenia pięściami wydają naprawdę silne odgłosy, co sprawia, że ich moc wydaje się jeszcze bardziej potężna.

Co w zamian?
Na dobrą sprawę gra opiera się na infantylnym wręcz systemie - stłucz twarz przeciwnika, a w zamian damy Ci nową postać i ring bokserski. Otrzymamy również pas za wygrany pojedynki w danej kategorii. Niestety, nie zostanie on nam przyznany na ringu. Po prostu zobaczymy go w menu. Widocznie tępa hostessa, która krąży po arenie naszych zmagań nie jest w stanie nas udekorować. Bywa.

You are so...
Warto jeszcze wspomnieć o możliwości tworzenia postaci. Dzięki niej zaprojektujemy sobie własnego boksera i nawet będziemy mogli podzielić się nim z innymi – usługa Xbox Lice i PlayStation Network. Kreator ma dużo opcji, więc na pewno znajdziemy coś dla siebie. Poza tym możemy na twarz nałożyć nasze zdjęcie. Tytuł ten bowiem wykorzystuje PlayStation Eye albo Xbox Live Vision. Jak to wygląda w praniu? Niestety nie wiem, gdyż nie mam tych urządzeń w domku.

To już jest koniec, nie ma już nic?
Tak i nie można oszukiwać nikogo. FaceBraker to typowy średniak. Na początku można go przełknąć. Nawet byłem w stanie uwierzyć, że to ma coś w sobie. Chciałem grać dalej, ale niestety nie da się. Po prostu brakuje mi tutaj wielu rzeczy. Skoro nie ma dużej ilości ciosów i kombinacji, to chociaż można było się pokusić o doszkalanie postaci. Dzięki temu wraz z wygranymi walkami pojawiałyby się dodatkowo umiejętności. Muzykę też bym poprawił, dodał trochę więcej wstawek kończących walkę, a na koniec dołożył jakieś większe nagrody za wygranie czegoś. Wtedy może coś by z tego było. Czy warto więc kupić ten produkt? Zdecydowanie nie. Moim zdaniem to coś powinno stać na magazynie i niech kurzy się, bo tak nudnej i infantylnej gry nie miałem już bardzo, bardzo długo. Naciskanie guzików i parcie do przodu to na dłuższą metę nuda.


Plusy:
+ tryb tworzenia boksera
+ dobra grafika
+ pomysł...

Minusy:
- ... źle zrealizowany pomysł
- schematyczność
- cały czas to samo
- nuda

Ocena ogólna: 4/10
Dawid N.

niedziela, 26 października 2008

Piekło i szpada - bezKres magii


Feliks W. Kres to jeden z pierwszych pisarzy polskiej fantastyki, którego debiut przypadał na wczesne lata osiemdziesiąte. Ten uznany literat, laureat prestiżowej nagrody im. Janusza A. Zajdla, twórca między innymi cyklu szererskiego, a także wielu wspaniałych opowiadań, zaprasza nas tym razem do mrocznego świata osadzonego w alternatywnym XVII wieku. Tam właśnie rozgrywa się akcja powieści Piekło i szpada – powieści lub raczej zbioru opowiadań, ponieważ wątki przeplatają się i choć czasem uzupełniają nawzajem, to z czystym sumieniem można je traktować jako oddzielne opowiadania.

Książka podzielona została na sześć głównych części, a każda z nich na rozdziały. Historie jednak, nie zawsze są nam opowiadane chronologicznie. Dzięki takiej formie, cała powieść jest jak wielobarwna mozaika. Spomiędzy wierszy, podczas czytania, wyłania się mroczny, opanowany przez prastare magie i może równie wiekowe, ludzkie namiętności, świat. Świat, w którym, niemal ze średniowiecza zaczerpnięty etos rycerski - zasady postępowania człowieka prawego, godnego szacunku - ulega konfrontacji z siłami daleko przekraczającymi możliwości pojmowania bohaterów. Mroczne widma przeszłości nawiedzają opisywane krainy, nieznane stworzenia dysponujące równie ogromną, co niepojętą mocą, decydują o upadku królestw, życiu lub śmierci całych miast, czy wreszcie o losach pojedynczych ludzi. Jednocześnie wiele niedomówień, szybkie zmiany czasu oraz miejsca akcji sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż natrafił na wielki obraz, którego fragmenty są przed nim powoli odsłaniane. Rozwiązanie zagadki, ujawnienie jednej tajemnicy, jest początkiem drugiej, a nie wszystkie zostaną rozwikłane. Istotne w jednej części zdarzenie, już w następnej może stanowić zaledwie tło kolejnego wątku. Bardzo wartka akcja sprawia, że powieść jest niesamowicie dynamiczna. Zmiana perspektywy jest często zaskakująca, a przez to szalenie interesująca – pozwala spojrzeć na ten sam problem z zupełnie innego punktu widzenia. Autor uświadamia nam jak różnie mogą być interpretowane zdarzenia. I tu chyba leży magia całej powieści – w interpretacji zachowań i działań bohaterów. Narracja podkreśla tą tendencję, ponieważ również ulega zmianie. Niekiedy narratorem jest jeden z bohaterów, innym znów razem zaobserwujemy narratora wszechwiedzącego.

Zatrzymując się dłużej przy bohaterach, należy przede wszystkim zaznaczyć, że jest ich wielu – z wiru przygód i wartkiej akcji wyłaniają się postaci niejednoznaczne, barwne, porwane nurtem zdarzeń, często niepanujące nad swoim życiem. Pojawiają się równie szybko, jak później znikają, a mimo to głęboko zapadają w pamięć. Sposób, w jaki są przez autora przedstawione sprawia, że nie potrafimy określić czy czujemy do nich sympatię czy niechęć, czy zgadzamy się z ich decyzjami czy nie, a wreszcie, czy możemy ich „zaklasyfikować” – przyporządkować do grona bohaterów pozytywnych lub negatywnych. Jak się okazuje, dobro i zło nie istnieją lub zatracają swoje znaczenie w świecie Piekła i szpady. Nic nie jest jednoznaczne, biel i czerń utonęły w ogromnym morzu szarości, z którego przedstawione nam postaci, nawet przy największych staraniach, nie są w stanie wyłowić ani skrawka czystego dobra czy zła. Razem z bohaterami odkrywamy, że rzeczywistość jest bardziej złożona niż można by przypuszczać. Bo czy wolno użyć określenia „dobro” w świecie, w którym piekło sprzymierza się z ludźmi przeciw Bogu? Owszem, powieść porusza także motyw Boga oraz religii i robi to w bardzo odważny sposób. Pokazuje nową metodę myślenia: a jeśli Bogu zależy bardziej na jego „boskim planie” niż na ludziach? Pytania nurtujące bohaterów mógłby postawić sobie każdy z nas – czy można sprzymierzyć się z piekłem, aby przeciwstawić się złu? Te dylematy, niemal egzystencjalnej, a przynajmniej filozoficznej natury, sprawiają, że powieść nie jest tylko lekką lekturą, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę i już do niej nie wraca.

Co ciekawe, obok głównych bohaterów – jak przystało na powieść fantastyczną – obdarzonych szczególnymi talentami: mistrzów fechtunku, królowych flirtu i uwodzenia, wielkich władców, Kres ukazał sylwetki prostych służących czy karczmarzy. Oni również są uwikłani w mechanizmy, których, jako przypadkowi ludzie, nie rozumieją. Mimo prostoty charakteru wykazują się często przymiotami godnymi herosów. Bywają bardziej oddani swoim ideałom i zasadom niż niejeden rycerz, są wierni, szlachetni, godni zaufania i przywiązani do swoich władców, gotowi poświęcić życie, aby ocalić rodzinę. Takie odpatetyzowanie ludzi „wielkich” połączone z pokazaniem szlachetnych stron prostych mieszkańców różnych krain, wzmaga wrażenie, że czytamy powieść historyczno-obyczajową, a nie fantastyczną.

Magia i nienaturalne zjawiska to niemal codzienność w świecie Kresa. Każdy dzień zasnuty jest mgłą niepewności, wszystkie miejsca otacza aura magii. Z jednej strony andersenowska królowa śniegu, a z drugiej tajemniczy koci-mordercy. Prastara magia, nad którą nikt nie potrafi zapanować, zemsta dawnych kultów, zniszczonych przed wiekami przez aktualnie panujący ród – to wszystko sprawia, że podczas czytania „Piekła i szpady” po prostu nie można się nudzić. Cała kreacja świata oraz sposób jego przedstawienia pogłębiają w czytelniku wrażenie, że ukazana rzeczywistość jest nie do pojęcia zarówno dla niego jak i dla bohaterów powieści. Powieść awanturnicza? Jak najbardziej, ale ukazująca jednocześnie barwne ludzkie sylwetki, czasem niemal archetypy osobowości, prezentująca mechanizmy, których odzwierciedlenie znajdziemy również we współczesnym świecie – miłość, zazdrość, zdrada, honor, przyjaźń – pełny wachlarz uczuć i namiętności, porywający bohaterów. Ta niezwykle skomplikowana i zróżnicowana rzeczywistość, jak i wiele możliwości spojrzenia na problem sprawiają, że świat stworzony przez Feliksa Kresa, mimo całej swej baśniowości, przypomina nasz. Przypomina, ale nim nie jest – autor na chwilę zabiera nas za to do miejsca, w którym mężczyźni o nienagannych manierach są gotowi w każdej chwili pomóc damie wsiąść na konia, a bale uświetniają swoją obecnością monarchowie we wspaniałych strojach.

Istotna w odbiorze powieści jest oczywiście okładka. Muszę przyznać, że od pierwszego wydania przeszła drastyczną metamorfozę – według mnie zmiana ta wyszła jej na dobre. Sięgając po książkę widzimy mroczną postać w stroju z epoki, z pistoletem w dłoni i piórem u kapelusza. Ten widok daje nam przedsmak tego, czym autor zaraz nas uraczy. Sam projekt graficzny również nie pozostawia miejsca na zastrzeżenia, okładka utrzymana w szarej tonacji, ożywiona odrobiną czerwieni na wysokości tytułu jest mroczna, ale i intrygująca. Ilustracje wewnątrz książki to już jednak zupełnie inna historia – nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że są dobre lub nie. Należałoby tu użyć określenia „specyficzne”, przywodzą na myśl ryciny albo zgoła drzeworyty. Myślę, że to typ grafiki, który albo do kogoś przemawia albo jest odbierany negatywnie. Jako dziecko dwudziestego pierwszego wieku (przyzwyczajone do odbioru wielu bodźców wzrokowych na raz) nie mogłam się przyzwyczaić do oglądania rysunków czarnobiałych i w gruncie rzeczy dość prostych. Trzeba jednak oddać ich autorowi sprawiedliwość i zaznaczyć, że idealnie wkomponowują się w konwencję powieści. Są dobrą pomocą dla osób, które nie wiedzą jak wyglądają stroje czy broń z epoki. Ciekawym zjawiskiem jest także odwaga, z jaką ukazano na nich nagość (której w powieści trochę, bądź co bądź, jest). W moim odczuciu pogłębia to związek rysunków z opisywaną przez Feliksa Kresa epoką i całym wykreowanym przez autora światem. Podsumowując, powieść Piekło i szpada mogę z czystym sumieniem polecić każdemu fanowi fantastyki, osobom, które wolą nieco ambitniejsze pozycje, jak również fanom np. dzieł mistrza Dumas, ponieważ w powieści Kresa odnajdą ten sam urok długich płaszczy, walk na szpady, intryg, których nie powstydziłby się żaden francuski dwór i zakazanych romansów, okraszony bezmiarem tajemniczości, mistycyzmu i magii.

Marta Paśnicka

czwartek, 23 października 2008

Plakat

Chcielibyśmy zaprezentować wam plakat, który pojawi się już niedługo na uczelniach oraz w liceach. Dzięki wsparciu jednej z firm drukarskich mogliśmy zrobić znacznie więcej kopii niż przewidywaliśmy, to zaowocuje jeszcze większą kampanią reklamową na terenie kilku miast. Mamy nadzieje, że przypadnie on wam do gustu.

środa, 22 października 2008

Mała Moskwa (2008) , reż. Waldemar Krzystek


Gdynia uwierzyła łzom – czy słusznie? Kontrowersyjny werdykt, tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, przysporzył temu filmowi nie tylko najważniejsze w polskim kinie wyróżnienie, ale także reklamę, której rzadko dostępują filmy nagrodzone Złotymi Lwami. Ale , czy ten melodramat w historycznym kostiumie zyskuje, czy traci na tym całym zamieszaniu?

Mamy oto historię miłosną, rozpisaną na cztery pory roku, od jesieni 1967 do lata 1968 roku, czyli wielce niespokojny okres w historii naszej części Europy. Miejsce też jest wielce szczególne – Legnica, gdzie w tym czasie znajdował się największy garnizon wojsk radzieckich na terenie Polski. Żołnierze radzieccy i cywile, wówczas tam zakwaterowani, stanowili ponad połowę mieszkańców Legnicy, dzięki czemu to miasto zyskało przydomek Mała Moskwa. I oto, do Małej Moskwy, przybywa radziecki pilot ze swoją piękną żoną Wierą. Zjawiskowa Rosjanka szybko wpada w oko młodemu, polskiemu porucznikowi. Płomienny romans, w wielce niesprzyjających okolicznościach przyrody, jest nieunikniony.

„Mała Moskwa” ,to bardzo wprawnie skrojony melodramat. Piękni aktorzy, piękna sceneria, piękne wzruszenia. Szczególny przypadek w polskim kinie, więc tym bardziej cieszy. Satysfakcja jest na tyle duża, że można wybaczyć trochę toporny finał. Wybaczyć też możnabrak głębi w przedstawianiu historycznego obrazu tamtej sytuacji politycznej, który jednak usprawiedliwiałby w jakimś stopniu, słuszność przyznania gdyńskich Lwów. Sytuacja historyczna jest tu jedynie tłem, i nie zmieniają tego nawet symboliczne scenki rodzajowe, jak choćby ta ze zdrapywaniem czerwonej gwiazdy z pomnika i zastępowania jej katolickim krzyżem.

W pamięci niech lepiej pozostanie Svetlana Khodchenkova, wykonująca Grande Valse Brillante Ewy Demarczyk. Piękna Rosjanka , śpiewająca z pasją legendarną, polską piosenkę na scenie w Małej Moskwie, jest najpiękniejszą sceną filmu. Przywodzi na myśl najlepsze filmy z tego gatunku, w którym wykorzystuje się ten specyficzny rodzaj filmowej magii. Magii, która jest ponad wszelkie werdykty i artystyczne oceny.

Bartłomiej Konarski

wtorek, 21 października 2008

Melancholijny zaśpiew


Książkę Kocham Paula McCartneya kupiłam zauroczona lekturą jej fragmentów na antenie radiowej Trójki w wykonaniu autorki – Joanny Szczepkowskiej i jej córki – Hanny Konarowskiej przy dźwiękach nieśmiertelnych Beatlesów.

Z błyskotliwą prozą Szczepkowskiej nie sposób się nie spotkać, jej felietony drukuje choćby GW w dodatku „Wysokie Obcasy”. Czego się spodziewałam? Dobrej zabawy z muzyką w tle.
Mając świadomość przeżywającej chroniczny kryzys powieści nie stawiałam przed autorką zbyt wygórowanych oczekiwań. To ważne założenie, o którym zapomina chyba wielu wyrobionych krytyków literackich. Powieść Szczepkowskiej to debiut – czy udany – moim zdaniem tak, choć wątpię, że ten gatunek będzie królował w jej przyszłym dorobku.

To powieść dyktowana potrzebami rynku – trochę przygodowa, trochę psychologiczna, osadzona w realiach politycznych i społecznych drugiej połowy XX wieku. Główną bohaterką jest Marianna, tracąca na popularności, kiedyś świetna dziennikarka. To ona wprowadza czytelnika w świat z pogranicza jawy, snu, i marzenia. Wychodzi od fragmentu piosenki Beatlesów, dedykacji, lirycznego wspomnienia dzieciństwa i kilku luźno ze sobą związanych opowieści. Jakby chciała wypróbować pióro, rozgrzać się przed rozpoczęciem walki na ringu – walki z samą sobą, koleżankami i wspomnieniami, przypadkowo wywołanymi przez stare fotografie przesłane przez jedną z dawnych przyjaciółek. Te z ukrycia robione zdjęcia noszą w sobie ponurą tajemnicę, której odkrycie odmieni życie głównej bohaterki. Kluczem do poznania tej tajemnicy okaże się… lalka – piękna, pachnąca zachodem, niedostępna, obiekt westchnień i pożądań wszystkich małych dziewczynek zamieszkujących szare podwórka Starej Ochoty. To od niej się wszystko zaczyna, to ona jest przyczyną wielu nieszczęść, osobistych tragedii a nawet śmierci. Jako odprysk luksusu i dobrobytu zza wielkiej kurtyny podsyca wyobraźnię Marianny. W tych dziwnych czasach, kiedy u nas szary komunizm rozpanoszył się już na dobre na kolorowym zachodzie młodzież podryguje w rytmie zanuconym przez Beatlesów a mała dziewczynka, aby odebrać swą lalkę z rąk rozwrzeszczanej dzieciarni wymyśla sobie idealnego brata. Zielonookiego chłopca w prochowcu, który jako pilot podziemnego lotnictwa staje się ucieleśnieniem marzeń panien i podlotków, roznosicielem politycznych ulotek i ojcem niechcianego dziecka.
Konsekwencje tej absurdalnej historii mogły nastąpić tylko tutaj, na pograniczu dwóch światów, gdzie system polityczny dawał posłuch najbardziej niewiarygodnym opowieściom.

Lektura powieści Szczepkowskiej nie należy do najłatwiejszych. Mieszanie porządku przyczynowo-skutkowego wymaga od czytelnika wytężonej uwagi, wielopłaszczyznowa narracja burzy chronologię, za to muzyczne wstawki łagodzą napięcia i wprowadzają w atmosferę odprężenia. Nieco naiwne zakończenie może rozczarować, ale czas poświęcony na lekturę na pewno nie będzie stracony, bo w książce tej jest pomysł, a reszta, nawet jeśli budzi poczucie niedosytu to tym bardziej wyostrza apetyt na dobrą powieść, która już niebawem może się pojawić na literackim horyzoncieJ

Joanna Szczepkowska, Kocham Paula McCartneya, Świat Książki 2008

dr Anna Pycka

niedziela, 19 października 2008

Sprawozdanie z pokazu gry "Need for Speed: Undercover"


Gry z serii Need for Speed są niczym feniks. Raz chylą się ku upadkowi, by zaraz potem odrodzić się niczym ognisty ptak z popiołów.

Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej firma Electornic Arts postanowiła zaprezentować najnowszą, jedenastą już część Need for Speed. Tym razem, będzie ona nosiła podtytuł Undercover. Prezentacja gry odbyła się na parkingu w Złotych Tarasach. Dla dziennikarzy przygotowano bowiem, prócz samego pokazu, kilka drobnych niespodzianek. Po pierwsze stał tam specjalnie przerobiony samochód marki SEAT, który dzięki odpowiednim modyfikacjom, miał moc 330 koni mechanicznych. Dodatkowo zostały zaimplementowane w nim dwie konsole PlayStation 3 i cztery małe telewizorki LCD, a wszystko po to, aby podczas jazdy można było grać. Po drugie, był jeszcze jeden samochód wyścigowy, który odwiózł zwycięzcę turnieju zorganizowanego dla redaktorów.

Praktycznie równo o godzinie 11:00 rozpoczęła się konferencja prasowa. Pani Lidia Zalewska zaprosiła na scenę producenta gry Need for Speed Undercover - Jesse Abneye'a. Gość specjalny odpalił konsolę i zaczął opisywać, jakie to ulepszenia wprowadzono do tego tytułu. Na wstępie zostało powiedziane, że tytuł powstawał aż dwa lata, co zaowocowało masą innowacji. Potem pojawiło się intro, który wdraża Nas w fabułę gry. Będziemy bowiem kierowali poczynaniami osoby, która za swoje wojaże samochodowe została złapana. Protagonista zostanie zwolniony z ciążących na nim zarzutów tylko wtedy, jeśli pomoże agentce federalnej. Oczywiście, lepiej być kapusiem, niż iść do więzienia, tak więc bohater zgadza się na tę ofertę. W tym momencie, my przejmiemy nad nim kontrolę. Trafimy do miasta Tri-City Bay Area, gdzie poznamy gangi złodziei samochodów. Właśnie ich będziemy musieli „sprzedać”.

Fabuła to jednak nie wszystko. Zalet tej produkcji ma być więcej. Jesse Abneye mówił bardzo dużo o innowacjach. Po pierwsze, od razu po rozpoczęciu gry będziemy mieli dostęp do wszystkich dzielnic. Każda z nich cechuje się zróżnicowaniem architektonicznym, tektonicznym i rasowym. W jednej bowiem, będziemy ścigali się po wąskich drogach górskich, innym zaś razem będziemy brali udział w wyścigu na autostradzie. Możliwości jest wiele, bowiem cała mapa jest ogromna. Jesse wspomniał jeszcze, o tym, że tak jak w GTA IV każda z dzielnic będzie miała swoje budynki, ludzi etc. Tak więc oczywiste jest to, że zobaczymy różnego rodzaju klasy społeczne. Zaczynając od tych najbiedniejszych, a kończąc na najbogatszych. Na koniec akapitu warto zaznaczyć, że miasto ma się zmieniać podczas gry. Jak? Tego nie zdradzono. Wydaje mi się jednak, że chodzi tutaj o niedokończone mosty, po prostu robotnicy, którzy je budują ukończą je w pewnym momencie. Ciekawe, ciekawe...

Oddzielną sprawą są samochody. Producent zapowiada, że każda „bryka” ma model fizyczny odwzorowany z rzeczywistości. Prócz tego, mamy cztery grupy parametrów: zawieszenie, moc silnika, przyczepność, sztywność amortyzatorów, które będziemy musieli modyfikować. Bowiem auto, inaczej reaguje w górach, a inaczej na prostej drodze. Wszystko to ma znaczenie. Warto jednak wspomnieć, że firma wycofała się ze zdania, że będzie to symulacja. Teraz już wiadomo, że powstała gra samochodowa, ale uproszczona, aby gracz mógł sobie pograć na luzie.

Grafika. Tutaj producent mówił dużo, że będzie wspaniale etc. Ja jednak wszystkie jego słowa postanowiłem zweryfikować.

Konfrontacja.

Po zakończeniu prezentacji można było zagrać w tytuł, i mam do niego kilka uwag. Po pierwsze gra działa w 720p. Pytanie czemu nie jest to 1080p? Niestety nie otrzymałem odpowiedzi. Idąc dalej podczas gry widać kwadraty na lampach, czy też słupach, czyżby zapomniano o antyaliasingu? Jeszcze jedno, do czego muszę się przyczepić, to brak możliwości zniszczenia samochodu, aby wybuchł. Oczywiście światła się tłuką, a karoseria się gnie, ale nic więcej nie zobaczymy. Szkoda.

Nowy NFS jest dobrym produktem. Zabrakło kilku rzeczy, ale za to wprowadzono sporo innowacji, ciekawą fabułę i ogólnie wychodzi nam dobry produkt, a może coś więcej? Niestety tego już powiedzieć nie mogę, gdyż dopiero po przejściu całej gry powinno się oceniać produkt. Ja oceniłem tylko, to co zobaczyłem, a na więcej możecie liczyć po premierze...

Dawid Nawrocki

czwartek, 16 października 2008

Parrot DS1120 - recenzja

Firma jakaś tam wprowadziła do swojej sprzedaży nowe głośniki Parrot DS1120 - tak zaczyna się większość wpisów w wyszukiwarce google, po wpisaniu nazwy wyżej wymienionego sprzętu. Niestety, nikt nie zastanawia się nad tym, czy to coś naprawdę jest dobre. Na szczęście, istnieją takie strony jak stacjakultura.pl gdzie możemy odpowiedzieć na takie pytania.

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że test nie będzie długi. Głośników bowiem nie uda nam się podłączyć do konsoli, ani dvd. Czyli dwa sprzęty odpadają na samym początku. Niemniej jednak, urządzenie ma za to inne ciekawe rozwiązania, o których zaraz wspomnę.


Kiedy wracałem z redakcji z nowymi głośnikami Parrot DS1120, to przyznam się szczerze, że troszeczkę się zmęczyłem. Niestety waga tych cacek nie jest mała, gdyż wynosi 950 g na każdy głośnik. Razem daje nam to prawie 2 kg, a dodatkowo dochodzi jeszcze niewygodne opakowanie.


Niemniej jednak, wytłumaczyć ten ciężar można tym, że głośniki wykonane są z czystego, bardzo stylowego metalu. Matowa czerń jest delikatnym przejawem kunsztu projektanta. Podkreśla go również przykrycie głośnika siateczką, która trzyma się na magnes. Nie ma zatem mowy o specjalnych naczepach, które z biegiem lat się psują. Po prawej stronie każdy z głośników ma elegancką dotykową regulację głośności oraz klawisz Bluetooth, o którym za chwilę. Diody w opisanych urządzeniach palą się na kolor ciemnoniebieski, co doskonale współgra z czarną kolorystyką obudowy.

Na oddzielny akapit zasługuje kształt, on też tutaj jest bardzo ciekawy. Głośniki bowiem przypominają turbinę. Prócz tego, mają pod sobą dwie nóżki podpierające. Przyznam się, że z początku mi się to średnio podobało, ale potem, jak już ustawiłem je na biurku, to zobaczyłem, że bardzo ładnie wkomponowują się w otoczenie.

Wspominałem już wcześniej o klawiszu Buletooth. Nie jest on bez powodu umieszczony w głośnikach. To właśnie dzięki niemu usłyszymy ścieżkę dźwiękową. Głośniki bowiem odbierają dźwięk za pomocą tejże właśnie technologii bezprzewodowej. Jest to z jednej strony dobre, bo jeden głośnik może stać w jednym rogu pokoju, gdy drugi w drugim bez konieczności okablowania pomieszczenia. Sprawa jednak wygląda tak, że w praktyce wpierw trzeba sporo się namęczyć, aby to wszystko zaczęło działać.

Aby skonfigurować urządzenie, musimy wpierw wgrać specjalny program, który otrzymujemy na płycie. Sam program również nie należy do prostych w obsłudze. Są momenty kiedy nie zawsze chce działać... Producent szumnie zapowiadał, że dzięki zastosowaniu takiej technologii możemy puszczać muzykę z różnych sprzętów, m.in. z telefonu komórkowego. Niestety, w praktyce wygląda to gorzej, gdyż nie raz zdarzyło mi się, że system nie wykrył drugiego urządzenia albo pojawiła się jakaś niezgodność trudna do wytłumaczenia ludzkim językiem. Wtedy trzeba reinstalować całe oprogramowanie, co jest „nieco” frustrujące.
Mankamentem jest również regulacja głośności dostępna głównie za pomocą samego urządzenia. Jeśli będziemy grzebać w ustawieniach samej aplikacji, to dźwięk będzie trzeszczał niemiłosiernie. Niemniej jednak gdy będziemy tylko sterowali natężaniem głośności za pomocą wbudowanych przycisków, to dźwięk będzie naprawdę najwyższej jakości. Słychać, to przede wszystkim w filmach gdzie można poczuć się jak w kinie

Każdy z głośników zasilany jest oddzielnym kablem, dzięki czemu można je bez problemu umieścić po dwóch stronach pomieszczenia. Wszystko pięknie, ale jak ktoś ma kontakt tylko z jednej strony? Niestety wtedy przeniesienie drugiej kolumny staje się problematyczne, gdyż kable od zasilaczy są naprawdę bardzo krótkie. Nie każdy ma też w domu kontakty na każdej ścianie... Dla tego prośba do producenta, aby na przyszłość kable były znacznie dłuższe, a nie jedno metrowe.


Oceny

Wygląd: 4/5
Wykonanie: 4/5
Obraz: /5
Dźwięk: 4.5/5
Funkcje: 4/5
Instrukcja: 3/5
Stosunek ceny do jakości: 3/5
Ogólnie: 4/5


Plusy:
  • dźwięk
  • wykonanie

Minusy:
  • krótkie kable
  • waga
  • problemy z programem
  • instrukcja w języku angielskim

Podsumowanie:

Głośniki Parrot DS1120, to dobry sprzęt. Mają swoje wady, ale mają też zalety. Czy warto je w takim razie kupić? W sumie jest to ciężkie pytanie, ale chyba będę skłaniał się ku odpowiedzi negatywnej. Patrząc bowiem na ich cenę, to wolałbym dołożyć trochę pieniędzy i kupić coś lepszego.

Dawid N.