Minęło wiele lat zanim wreszcie polski film zachęcił mnie do wizyty w kinie. Nasza kinematografia przeżyła chyba swój największy upadek, przez ostatnie 10 lat. Pojawiali się ci sami twórcy, którzy zatrudniali dokładnie tę samą obsadę. Kolejna komedia dla kretynów, dla facetów, dla kobiet, dla kobiet - rozwódek, dla mężczyzn – wdowców itd. Pojawiały się jaśniejsze punkty za sprawą chociażby „Galerianek”, czy „Domu Złego”. Jednak szybko zostawały zacierane przez „karolakowy plastik” i „adamczykowy podryw”. Co ciekawe zarabiały i to dobrze, a widzowie ciągle chodzili na te produkcje do kina. Teraz niczym grom z jasnego nieba, jak błyszczący zbawiciel pojawia się Jan Komasa. Nieznane nazwisko reżysera, który wie z czym się je „Appleseed”, potrafi omówić mangę i śmieje się ze „szlaufów”. Wie też co gryzie nowoczesne społeczeństwo i jak można dobrze to ukazać. „Sala Samobójców” porusza kolejny, bardzo ważny problem w światowym społeczeństwie. Problem, który też dotkliwie odznacza się w naszym kraju, a nie jest przez nikogo traktowany poważnie. Rozchodzi się tu o ciche dramaty, które dotykają „bananowych licalistów” i często doprowadzają do tragedii. W Japonii znane jako „hikkikomori”, w USA jako „netaddict”, a u nas? Chyba powinien posiadać termin „ogólnej nieświadomości sieciowej’.
czwartek, 17 marca 2011
Sala samobójców
środa, 16 marca 2011
Homefront
Twórcy jeszcze przed premierą wspominali, że chcą zrobić kontynuację. W sumie nic w tym dziwnego, gdyż zakończenie pozwala iść dalej, ale o nim wspominać nie będę, gdyż to już Wasza sprawa, czy w ogóle sięgnięcie po ten tytuł. Mimo wszystko zdradzę, że Homefront przenosi nas w niedaleką przyszłość (rok 2026), w której Korea Północna, po przejęciu władzy przez nowego dyktatora, zajmuje swego sąsiada z południa, Japonię i wiele innych państw wschodniej Azji, a następnie organizuje udaną inwazję na USA. Armia Stanów Zjednoczonych zostaje pokonana, ale powstaje ruch oporu, który ma zamiar walczyć z okupantem. Tu do akcji wkraczam ja (Robert Jackobs, były pilot), a dokładnie były żołnierz armii Stanów Zjednoczonych, który nie chciał bronić swojego kraju. Niestety, Koreańczycy sami chcieli, abym wkroczył do akcji. Przyszli po mnie pewnego słonecznego dnia myśląc, że działam przeciwko nim. Wpakowali mnie do autobusu i chcieli przewieźć do więzienia. Niestety, jadąc widziałem, jak ci źli komuniści rozstrzeliwują cywili. Na ich pech ktoś mnie odbił i tak oto zostałem wcielony do oddziałów ruchu przeciwko okupantowi. Teraz gińcie...
sobota, 26 lutego 2011
Killzone 3
Killzone 3 recenzja gry
środa, 23 lutego 2011
Jak zostać królem
Jestem ciekaw czy ludzie odpowiedzialni za chociażby przygotowywanie promocji danego obrazu w naszym kraju (pomijając już fakt, że w filmie znajdują się wątki komediowe, ale sam w sobie przecież nie jest komedią) czy tłumaczenie tytułu z języka angielskiego to osoby kompetentne. Bo wszystko wskazuje na to, że nie.
Tak więc rok 2010 doczekał się swojego faworyta- w końcu. Warto również wspomnieć, że po dość miernym sezonie 2009 nadeszła pora na filmowy boom. „Hurt Locker”, gdyby został nakręcony rok później zapewne za wiele by do powiedzenia nie miał. Natomiast „Jak zostać królem” to obraz pod wieloma względami epicki, uniwersalny, długoterminowy. Zapewne będzie wspominany jeszcze przez długi okres czasu, a te 12 nominacji do nagrody Oscara są jak najbardziej zasłużone. Trudno powiedzieć ile film ostatecznie zgarnie, bo konkurencja w tym roku jest niebywała, lecz to jak sądzę, nie ma większego znaczenia. Produkcje takie jak „Jak zostać królem” właśnie, po prostu powinno się doceniać i podziwiać. Mnie najbardziej urzekło to, że nie był to film zrobiony „na siłę”, ze zbędną pompą, amerykańskim patosem i poczuciem wyższości. „King’s speech” to obraz nader skromny, bardziej przypominający ambitne kino niszowe niż kasowy hit. Sami Amerykanie nie zdawali chyba sobie sprawy, że film ten należy do kategorii „must see”, bowiem na otwarcie zarobił on tylko 0,4 mln dolarów. Później oczywiście sytuacja zmieniła się radykalnie, bo ostatecznie, na dzień dzisiejszy obraz zarobił ponad 100 mln.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Marvel VS Capcom 3
9 lat! Tyle czekaliśmy na powrót do gry z serii Marvel VS Capcom. Marvel VS Capcom 3 premierę w Europie będzie miał w najbliższy piątek, a w USA szaleństwo zaczęło się już weekend, gdyż niektóre sklepy z grami zaczęły wysyłać ten produkt przed premierą.
Ja dorwałem swój egzemplarz dzisiaj rano i udało mi się rozegrać ponad 100 pojedynków. Jakie jest więc gra Marvel VS Capcom 3 ?
9 lat to sporo dla fanów. Dlatego nie dziwi fakt, że tytuł budzi wielkie emocje, a zamówień przedpremierowych jest tak wiele. Nie jest to oczywiście sprawa niesamowitej fabuły, gdyż jak przystało na bijatykę, takowej tutaj nie uświadczymy. Liczą się przede wszystkim zmiany, których nie zabrakło w tym dziele. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to grafika. W poprzedniej części wszystko było osadzone w 2,5 D i tutaj niby jest podobnie. Fakt, postacie są w 3D, ale nie ma co ukrywać, kamera nadal pokazuje arenę walk z boku. Nie ma więc mowy o rotacjach podczas zabawy, chociaż zdarzają się odstępstwa od tej reguły w momencie chęci ominięcia przeciwnika. Wtedy zawodnik przebiega obok rywala i perspektywa lekko się zmienia, po czym wraca natychmiast do standardowego rzutu
Marvel vs Capcom 3 recenzja gry
piątek, 21 stycznia 2011
Czarny Łabędź
Czarny Łabędź recenzja filmu
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Tron: Dziedzictwo
Długo zastanawiałem się jak zacząć tę recenzję. Szczerze mówiąc ciągle nie wiem czy już wysypywać pozytywne epitety czy napisać lekkie wprowadzenie. Może tak: niedługo odtwarzacz blu-ray powinien być w każdym domu.
Kiedy w tamtym roku przygotowywaliśmy się do sylwestra, „Avatar” dzielił i rządził na ekranach kin. Niepodważalnie fanastyczne widowisko, które stylistyką obrazu i techniką zdjęć przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Rozrywka na najwyższym, wymaganym poziomie. Za sukcesem tego filmu stały jednak nazwiska, które dobrze znane są w świecie kina. Inaczej jest trochę z „Tronem”. Bridges ale i Kosinski - Wilde i Hedlund. Za konsoletą natomiast Daft Punk. Wynik? Wyrywająca z fotela historia, której po prostu nie można ominąć.