sobota, 1 sierpnia 2009
PC4u.pl lub PC4U - o firmie
piątek, 31 lipca 2009
Stephen King - recenzja książki „Sklepik z marzeniami”
Nie przepadam za prozą Kinga. Mimo jego pozycji mistrza grozy, nigdy nie trafiały do mnie jego pomysły na straszenie. Dzieła amerykańskiego pisarza kojarzą mi się przede wszystkim z wręcz naturalistycznym opisem Stanów Zjednoczonych i ich mieszkańców, w osobliwym połączeniu z najbardziej stereotypowymi wyobrażeniami zła. Czarna magia, diabeł (rzecz jasna z kopytkiem), wampir (inaczej plugawy zmarły, żaden tam uwodziciel rodem z dzieł Anne Rice). King, jako przedstawiciel amerykańskiej popkultury, napisał jednak kilka książek, które są niezwykłe. Oczywiście, mam na myśli powieść „To”, w której zmiennokształtny klaun - morderca w archetypowy sposób reprezentuje ludzkie lęki przed tym, co nieznane.W moim osobistym rankingu dzieł Kinga, zaraz po powieści „To”, umieściłabym „Sklepik z marzeniami”.
Akcja powieści rozgrywa się w sennym miasteczku Castle Rock, które nagle ożywa pod wpływem przyjazdu niezwykłego przybysza, Lelanda Gaunta. Jakby tego było mało, podróżnik otwiera tajemniczy sklep, nazwany w powieści „Sklepikiem z marzeniami”. W nazwie tej kryje się podwójne znaczenie: klienci, odwiedzający sklep mogą kupić dla siebie wymarzone przedmioty... Ale czy to są zwykłe przedmioty?
Za kupione skarby właściciel sklepu pobiera niską opłatę – ot, spłatanie komuś figla. Oczywiście, mieszkańców Castle Rock stać na tę formę zapłaty, ale z czasem okazuje się, że cena jest jednak zbyt wysoka. Nawet jak na kupione marzenie – naszyjnik, lampę, kartę z ulubionym baseballistą. Okazuje się, że przedmioty nabywane w „Sklepiku z marzeniami” są tylko zmaterializowaną reprezentacją ludzkich pragnień. Marzenia, z natury dobre, zaczynają mieć moc uzależniania ludzi, zatruwania umysłów swoją władzą.
Jasną postacią w powieści jest miejscowy szeryf Alan Pangborn, podchodzący sceptycznie do nowego mieszkańca miasta i jego sklepiku. Pangborn uważnie obserwuje poczynania Lelanda Gaunta, jednocześnie zmagając się z osobistymi demonami – traumą po stracie żony i synka.
Oprócz bycia mistrzem grozy, King jest również znakomitym specjalistą od ludzkich charakterów. Znając tak doskonale mroczą stronę natury człowieka, autor obnaża także umiejętność dostrzegania w nim dobra i miłości.
Figle, które wzajemnie płatają sobie mieszkańcy Castle Rock, są jak malutkie kamyczki, powodujące śmiercionośną lawinę. Piękne, wymarzone przedmioty, niewinne psikusy, dobroduszny właściciel sklepu – wszystko to, w końcowym rozrachunku okazuje się być przebraniem dla zła. „Sklepik z marzeniami” jest powieścią pełną podwójności. Co i rusz pojawia się starcie niewinności z grzechem, dobroci z egoizmem, miłości ze śmiercią.
Można upodobać sobie te dychotomiczne związki, budując na nich powieść. Stephen King stworzył dzieło, którego struktura łączy ze sobą wszystkich pojawiających się bohaterów, przeplata ich wzajemnymi nitkami powiązań, i niczym pająk tka powoli sieć, w którą powoli, a bezpowrotnie zanurzają się bohaterowie.
„Sklepik z Marzeniami” zaskakuje delikatnością warsztatową Kinga. Słowo, jakiego używa w powieści, jest znacznie subtelniejsze niż w reszcie jego dzieł. Ciężko znaleźć wulgarne i prostackie opisy, choć autor wyraźnie lubuje się w skrzętnym relacjonowani wyglądu koszulki pijaka przechadzającego się po uliczkach Castle Rock czy zachwycającego abażuru.
Niespieszna, wzbogacona o liczne smaczki akcja, wiedzie ku finałowi książki, który pozwolił mi przełamać wyobrażenie o Kingu, jako autorze posiłkującym się kiczowatym wizerunkiem zła (przychodzi mi na myśl opowiadanie „Nawiedzona maglownica”). Po przeczytaniu powieści dochodzę do wniosku, że King wspaniale bawi się wyobrażeniami zła w kulturze europejskiej, pokazując, że aby posłać diabła tam, gdzie mówi dobranoc, wystarczy wiara, i papierowy bukiet kwiatów.
Sylwia Włodyga
czwartek, 30 lipca 2009
Blogi kulinarne
Prowadzenie bloga internetowego to w dzisiejszych czasach norma. Blog jest formą pamiętnika, ale o tyle ciekawego, że publikowane myśli dajemy do wglądu innym użytkownikom. Wiadomo, tyle jest rodzajów blogów, co internautów. Jednak warto zwrócić uwagę na typ internetowego pamiętnika, który rozwija się w ogromnym tempie – mowa o blogach kulinarnych.
Czym się różni blog kulinarny od innych form blogowania?
Otóż, cechuje go uniwersalność. Ot, każdy przecież je, a ludzie lubią dogadzać swoim kubkom smakowym, poprzez przyrządzanie rozmaitych dań.
Kolejną cechą bloga kulinarnego jest to, że każdy użytkownik może poczuć się mistrzem w tej dziedzinie. Wystarczy trzymać się przepisu podanego przez autorkę bloga (choć nieśmiało pokazują się także męskie blogi kulinarne), która doradzi lepiej niż suchy opis w książce kucharskiej. Istotna jest również relacja między twórcą a użytkownikami wystawiającymi komentarze, gdyż często pojawia się stosunek mistrz – uczeń. Osoby, które są stałymi gośćmi na blogach kulinarnych często „zarażają” się pasją pieczenia lub gotowania i otwierają własne strony, gdzie prezentują własne kulinarne dzieła.
Podobnie jak inne internetowe pamiętniki, tak samo blogi kulinarne tworzą coś w rodzaju społeczności, która integruje się poprzez tworzenie wspólnych akcji pieczenia i gotowania (np. „Z widelcem po Europie” czy „Wielkie grillowanie”). Twórczynie blogów znają się nawzajem, najczęściej tylko w sieci i wymieniają się przepisami.
Kuchnia jednoczy. Także panie, które szukają swego miejsca na świecie. Prowadzenie i kontaktowanie się przez bloga w ojczystym języku jest szansą na zachowanie namiastki polskości na obczyźnie. Przykładem jest mieszkająca w Walii Dorota z bloga Moje Wypieki (zdobywczyni nagrody za najlepszego bloga 2008) czy też Patrycja z Truffle in a rum chocolate, która bloguje w Irlandii.
Oprócz dzielenia się pasją kucharską blog kulinarny może być miejscem dla kreacji artystycznej. Przepisy często są obrazowane znakomitymi zdjęciami potraw, a ich opisy plastyczne i poetyckie (White Plate Liski, Trufla Patrycji).
Przepisy zamieszczane na blogach kulinarnych są różnorodne. Pojawiają się dania narodowe, egzotyczne, proste albo wyrafinowane. Jednakże koncepcja jest wspólna: radość z kucharzenia oraz idee slow food oraz comfort food ,czyli np. pieczenie domowego ciasta zamiast kupowania go w sklepie i czerpania z tego przyjemności.
Sylwia Włodyga
środa, 29 lipca 2009
Gra anioła - recenzja książki

Fabuła książki przedstawia losy Davida Martina, który jest pisarzem żyjącym w Barcelonie z początku XX wieku. Poznajemy go, kiedy ma zaledwie dwadzieścia parę lat, ale mimo swojego młodego wieku, wie już czym jest zawód miłosny. Załamany młodzieniec pisze lekkie czytadła dla pewnego wydawnictwa. Niestety, nie może podpisywać się pod tym, co stworzył. Po kilku latach nieustannego pisania powieści, David dowiaduje się, że ma guza mózgu. Kiedy młodzieniec myśli, że już wszystko stracone, nagle pojawia się dziwna oferta od tajemniczego nieznajomego. Oferta dotyczy napisania książki w zamian za fortunę, zdrowie i coś jeszcze...Jednak każda wielka oferta ma swoje minusy. Jakie? Sprawdźcie to sami.
Po przeczytaniu krótkiego opisu z okładki, który jest dosyć intrygujący, można dojść do wniosku, że książka jest ciekawą pozycją. Niestety, autorowi chyba z lekka wyczerpały się pomysły na przeprowadzanie skrzętnie całej opowieści. Utwór bowiem składa się głównie z opisów tego, co David przeżywa, jakie są jego rozterki oraz jak traktuje poszczególne osoby. Są to dosyć mało ważne wątki dla rozwoju akcji, ale właśnie nimi jest wypchana cała książka. Rozwiązywanie zagadki, kim jest tajemniczy nieznajomy, jest upchnięta na 200 stronach. Reszta to wcześniej wspomniane przeżycia wewnętrzne głównego bohatera. Przez to dzieło czasem wydaje się nudne. Jednak czytelnik, który dotrwa do końca, będzie usatysfakcjonowany wartkością 100 ostatnich stronic. Wrażenie końcowe jest naprawdę pozytywne, ale trzeba przyznać, że przez większą część książki tak naprawdę nic się nie dzieje.
Miłym, a może inaczej, wielkim plusem jest dokładny opis Barcelony. Tak samo jak w książce „Cień wiatru”, tak i tutaj autor doskonale i bogato przedstawił to miasto. Dzięki precyzyjnym i rozbudowanym opisom, można z łatwością przenieść się do mrocznej i niespokojnej, w tamtych czasach, Barcelony. Oczywiście nie zabrakło również nawiązań. Przykładowo Cmentarz Zapomnianych Książek występuje również w tej powieści, ale nie jest to kluczowy wątek, można raczej napisać, że jest to kolejny epizod w życiu Davida – jeden z wielu.
Cieszy również to, że książka została napisana w podobny sposób, co „Cień wiatru”. Dzięki temu czyta ją się miło i przyjemnie. Dobór słów jest właściwy do miejsca czasu i akcji. Długie zdania zaś są rzadkością, co sprawia, że czytelnik znacznie lepiej zapamięta wydarzenia. Dzięki temu książkę czyta dosyć szybko.
Miłym akcentem jest również wiele ciekawych słów wypowiadanych przez nieznajomego. Jego myśli są ponadczasowe. Przykładem może być zdanie: „Człowiek nie wie, czym jest pragnienie, dopóki się nie napije” . Dzięki temu książka zyskuje na wartości. „Cień wiatru” również zawierał tego typu myśli i za to cenię jego autora.
Czy w takim razie „Gra anioła” jest gorsza niż debiutancka powieść Zafona? Nie, ale jest inna. Akcja jest wolniejsza i zagadka trochę bardziej rozmyta. Mimo wszystko warto przeczytać tę pozycję, gdyż każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Dla jednych będą to ponadczasowe myśli, dla innych opis Barcelony, a jeszcze innym spodoba się to, co mi się nie podobało.
Dawid Nawrocki.
wtorek, 28 lipca 2009
Mój pierwszy raz - czyli 5 moich pierwszych gier
W natłoku codziennych informacji dotyczących nowych produkcji, postanowiłem odizolować się od nich i przypomnieć sobie 5 produkcji, w które grałem po otrzymaniu pierwszego komputera klasy PC.
Dawno, dawno temu, a dokładnie w 1995 roku, przywędrował do mnie komputer z procesorem Intel Pentium 100. Posiadał 32 MB RAM i jakąś tam kartę graficzną - skleroza na starość, nie pamiętam jaką. Komputer został wyposażony w czytnik CD, co na tamte czasy nie było takie powszechne. Pierwszym tytułem, do którego zasiadł mały Dawid była gra...
FIFA International Soccer
Udało mi się ją dostać na krążku CD, ale ze swoich źródeł wiem, że była też wersja dostępna na dyskietkach. Jako człowiek, który wychował się na bajeczkach typu "Kapitan Jastrząb", nie mogłem sobie odmówić zakupu tej produkcji. W pierwszej grze z tej serii podobało mi się to, że nie było łatwo strzelić gola (oczywiście do czasu, aż odkryłem błędy w grze). Przypadły mi do gustu poruszające się trybuny, ciekawe wstawki po strzeleniu bramki (przywodzą mi namyśl te, które występują podczas meczu w baseballa).
Z uśmiechem na twarzy wracam również do tego, jak uciekałem przez 10 minut sędziemu, bo ten chciał mi dać żółtą kartkę. Na koniec jeszcze wspomnę, że w grze były dostępne 32 drużyny narodowe, a wymagania sprzętowe był następujące: dowolny procesor 66 MHz, 4 MB RAM, akcelerator 2D. Do tej pory mam pudełko z tą grą.
Wolfenstein 3D
Mimo młodego wieku udało mi się zagrać i przejść Wolfensteina 3D. Gra wywarła na mnie wielkie wrażenie. W produkcji tej, jak pewnie większość z Was wie, wcielamy się Williama Josepha Blazkowicza. Ten amerykański żołnierz polskiego pochodzenia został złapany i umieszczony w hitlerowskiej twierdzy.
Oczywiście, chce z niej uciec i w tym momencie wkraczamy my. Przez 10 kolejnych poziomów będziemy zabijać Nazistów, aby na koniec dopiąć swego... i dopiąć też mecha-Hitlera.
Dyna Blaster
Przyznam się, że jak byłem dzieckiem, to nigdy nie ukończyłem tej produkcji. Raz tylko doszedłem do końca, ale niestety podczas walki z finałowym bossem wysiadł prąd i... już nigdy nie spróbowałem ponownie. Wiem, że porwana księżniczka zostaje uratowana i tak dalej, ale nigdy tego nie widziałem.
Dyna Blaster jest grą zręcznościową, dosyć prostą w obsłudze, gdyż po prostu (w wielkim skrócie) trzeba stawiać bomby, w taki sposób, aby ich wybuch zniszczył przeciwnika. Cała produkcja składa się z ośmiu etapów, a na każdy z nich przypada osiem poziomów.
[Grałeś w Dynę sam? Epic fail. Ta gra niszczy psychicznie, gdy gra się w czwórkę na jednej klawiaturze - dop. SS]
Striker 96
To kolejna gra piłkarska, która przez niektórych recenzentów była oceniona lepiej niż FIFA. Taką opinię znajdziecie na przykład w Secret Service z 96 roku. W grze zaimplementowano, obym nie skłamał, prawie wszystkie reprezentacje narodowe. Dodatkowo, do każdej z nich został przypisany hymn narodowy. Miło jest usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego przed meczem.
Gra była bardzo dynamiczna i prócz tego, że miała dużo trybów, to jeszcze posiadała możliwość rozgrywania meczy na hali. Występowały w niej też zmienne warunki atmosferyczne (nie na hali, rzecz jasna). Tytuł został stworzony przez firmę Acclaim i był dostępny na dyskietach oraz płycie CD - do tej pory mam pudełko.
Crusader: No Remorse
Gra wydana dawno, dawno temu w "zielonej serii" przez firmę CD Projekt. Wtedy jeszcze, ten jeden z największych dystrybutorów w Polsce miał swoją siedzibę na Saskiej Kępie. Mało osób pamięta, że właśnie tam powstał CD Projekt.
Wróćmy jednak do gry, która została stworzona przez legendarną firmę Origin Systems. W produkcji tej wcielamy się w komandosa, który wraz ze swoim oddziałem walczy z terroryzmem. Niestety, podczas jednej z rutynowych misji prawie cała grupa zostaje zgładzona przez maszyny, które nasłał dowódca oddziału. Na jego nieszczęście jeden z żołnierzy przeżywa, to właśnie w niego się wcielmy i dokonujemy zemsty. Ciekawa fabuła i dość wysoko poziom trudności sprawiał, że nie mogłem oderwać się od ekranu.
Lista 5 pierwszych gier zamknięta. Potem przyszły jeszcze takie tytuły jak RIOT, Speed Haste, Cywilizacja I i II, Age of Empires, Mortal Kombat i wiele innych.
A Wy jak zaczynaliście swoją przygodę z grami? Jakie gry były pierwsze?
Dawid Nawrocki
Pieski żywot w Korei Południowej
Jak podaje witryna internetowa www.uniteddogs.com, mimo wprowadzenia przez Koreę Południową wspomnianych wcześniej praw, zwierzęta, a głównie psy nadal są duszone, podpalane, rażone prądem lub bite na śmierć. Tylko po to, aby otrzymać ich mięso. Władze tego kraju podobno nigdy odpowiednio nie zadbały o to, aby rozpowszechnić informacje o przyjęciu Praw Ochrony Zwierząt.
Pod adresem uniteddogs.com można znaleźć petycję, która dostępna jest w 10 językach. Cała akcja ma wymusić na rządzie Korei Południowej realne przestrzeganie praw zwierząt. Petycja zostanie przedstawiona przedstawicielom koreańskiej administracji państwowej w Seulu, w momencie kiedy znajdzie się pod nią ponad milion podpisów.
Do tej pory akcję poparło 138 975 osób. Petycja jest administrowana przez United Dogs and Cat.
Wydaję mi się, że powinniśmy poprzeć tę akcję, gdyż skoro państwo akceptuje prawa ochrony zwierząt, to jest świadome tego, że musi wyprzeć się swojej części kultury, do której było zaliczone jedzenie mięsa psów i kotów.
Dawid Nawrocki (wiadomosci24)
niedziela, 26 lipca 2009
Naga prawda o telewizji - programy rozrywkowe w telewizji

Programy takie jak: „Taniec z gwiazdami”, „Gwiazdy tańczą na lodzie”, „Jak Oni śpiewają?” bez cienia wątpliwości nastawione są na przyciągnięcie jak największej liczby odbiorców, konkurują ze sobą. Werbowane są zatem do nich mniej lub bardziej znane „gwiazdy muzyki, telewizji, sportu, bądź czasem polityki (przypomnijmy sobie udział Katarzyny Tusk, córki premiera, w „Tańcu z gwiazdami”).Uczestnicy oceniani są przez teoretycznie mające do tego pełne predyspozycje jury. W praktyce powyższe stwierdzenie o wysoce wykwalifikowanej komisji niestety mija się z prawdą.

Niektóre wokandy stawiają bardziej na odkrycie „nowej gwiazdy”, czegoś świeżego. Dają w ten sposób zwykłemu, szaremu człowiekowi możliwość zaistnienia w świecie, wybicia się z tłumu i rozpoczęcia nowego życia. Do takich przedsięwzięć zalicza się m.in.: „You can dance”, „Fabryka gwiazd” oraz „Mam talent”.
W pewnym sensie repertuar rozrywkowy jest pożyteczny, gdyż zachęca ludzi do pokazania swoich talentów, pomysłów, do wymiany spostrzeżeń, poszerza zainteresowania. Jednak z drugiej strony odbiera nie tylko świeżo upieczonym uczestnikom, ale również widzom swoją prywatność. Osoby biorące udział w danym programie muszą się liczyć z brakiem jakiejkolwiek intymności oraz z faktem, że każde ich działanie ujrzy światło dzienne. Odbiorcy natomiast zaczynają żyć sensacjami z życia sław, przeżywają ich rozterki, szokują się ich machlojkami, gdy wyjdą na jaw. Kiedy kogoś polubią przejmują, często nieświadomie, jego zachowanie, kreują swój wizerunek na jego podobieństwo.
Takowe programy, żerujące na zainteresowaniu widzów, wyrastają niczym grzyby po deszczu. Są wzorowane na swoich poprzednikach, nie wnoszą więc niczego nowego. Cechuje je tandeta. Ile razy bowiem można oglądać łamiącego sobie kości, wywalającego się na scenie człowieka, który swoim szyderczym uśmieszkiem stara się przypodobać jury i społeczeństwu? Na początku jest to nawet całkiem zabawne, lecz później staje się żałosne.
Alicja Paluch