sobota, 11 października 2008

Upiór w operze - recenzja


Upiór w operze jest wystawiany, by uhonorować 10-lecia istnienia teatru Roma. Byłem na prapremierze musicalu, chciałbym się podzielić moimi wrażeniami.

Upiór w operze jest powieścią napisaną przez Gastona Leroux. W wielkim skrócie opowiada o Eryku (tytułowy Upiór), który jest oszpeconym człowiekiem. Mimo to jest on geniuszem muzyki, doskonałym architektem, zakochanym w Christine Daaé – dziewczynie, której pomaga ujawnić ukryty w niej talent. Christine myśli, że jest on „Aniołem Muzyki” zesłanym z zaświatów przez nieżyjącego już ojca. Jedynie Madame Giry, wie kim jest owy nieznajomy. W pewnym momencie, niebywale arogancka Pani, diva Carlotta postanawia zostawić spektakl, wtedy pojawia się promyk nadziei dla Christiny Daaé – zaczyna śpiewać. Zarządcy teatru są zdumieni, a młoda dziewczyna dostaje swoją szansę i szybko staje się gwiazdą. Wszystko jak w bajce, ale niespodziewanie pojawia się hrabia Raoula de Chagny – dawna miłość Christine. Młodzi nadal czują coś do siebie, a sam Upiór jest zazdrosny o wyżej wymienionego młodzieńca. Niestety, nie mogę zdradzić dalszych losów bohaterów i bardzo się z tego powodu cieszę, gdyż byłoby to bardzo krzywdzące dla tego musicalu. Moim zdaniem każdy powinien to zobaczyć, a dodam, że fabuła na pewno nieraz Was zaskoczy...

Powieść Gastona Leroux, została wielokrotnie zekranizowana, ale najsłynniejszą adaptacją jest ta stworzona przez Andrew Lloyda Webbera. To właśnie na podstawie tej adaptacji musicalu powstała pierwsza na świecie wersja autorska, a prawo do niej otrzymał właśnie teatr Roma. Oczywiście Andrew Lloyd Webber pomagał w castingu do owego spektaklu, ale cała resztą zajęli się ludzie pod przywództwem Wojciecha Kępczyńskiego. Pięciusetosobowa ekipa ciężko pracowała, ale trzeba przyznać, że końcowy efekt jest wspaniały. Przepych z jakim została wykonana sceneria, niesamowite tła, które potrafią się zmieniać w mgnieniu oka. Wyobraźcie sobie, że widzicie starą operę, zaniedbane balustrady i łączenia. Nagłe muzyka się ożywia, a refleksy świetlne przemieniają scenerię w jakby dopiero, co wybudowany gmach. Takich zabiegów jest więcej. Kolejnym przykładem, może być moment, w którym Upiór zabiera Christine Daaé do podziemi. W tle widać niesamowite schody, po których idą aktorzy. Wygląda to jakby było namalowane, a jednak jest prawdziwe. Na dokładkę wspomnę jeszcze o niesamowitej scenie płynięcia łódką do kryjówki upiora i poruszające się w tle w rytm muzyki świeczniki, którymi są ludzie! Biuro dyrektorów opery, Richarda Firmina i Gillesa Andrea, też jest bardzo okazałe i cieszy oko bogactwem detalu.Podnoszący się i spadający, pod koniec pierwszej części, żyrandol ważący 250 kilogramów także robi niesamowite wrażenie, zapierając przy tym dech w piersiach. Do tego dochodzą jeszcze sztuczki iluzjonistyczne. Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że widzisz Upiora na dachu krypty, a zaraz potem jest on 5 metrów dalej. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie, tak samo jak końcowa scena, w której Upiór siada na krześle i znika.

Oczywiście na oddzielny akapit zasługuje gra aktorów. Tak, jak wspomniałem przy wybieraniu osób do tego spektaklu decydujący głos miał Andrew Lloyd Webber i trzeba przyznać, że ma on dobry gust. Damian Aleksander, Paulina Janczak, Marcin Mrozińki, Jakub Szydłowski, Wojciech Dmochowski, Barbara Malzer, Tomasz Jezd, Anna Szteiner, Wojciech Paszkowski, Ida Nowakowska znakomicie wcielili się w fikcyjne postacie. Przykładowo diva Carlotta została odegrana perfekcyjne, aż czuje się zmanierowanie tej pani i jej bałwochwalstwo (tak, jak było w pierwowzorze). Delikatna Christine Daaé wydaje się taka niepozorna, a śpiewa i gra olśniewająco.

Wiadomo jednak, że rolę Upiora będzie grał również Łukasz Zagrobelny. Niestety, nie jestem wstanie powiedzieć jak on prezentuje się na scenie, ale mam nadzieję, że równie dobrze jak wyżej wymieniony Damian Aleksander. Analogiczna sytuacja jest z rolą Christine Daaé, gdzie oprócz Pauliny Janczak grają ową postać jeszcze Kaja Mianowana i Edyta Krzemiń. Do aktorów, których ja widziałem nie mam większych zastrzeżeń, a gromkie brawa i owacje na stojąco na koniec spektaklu tylko potwierdzają moje słowa.

Oprawa dźwiękowa nie ustępuję pozostałym elementom. Orkiestra pod batutą Macieja Pawłowskiego sprawuję się znakomicie. Doskonała muzyka przeszywa dogłębnie. W mocniejszych taktach nawet deski teatru drżały. Muzyka jest perfekcyjna, ale moim zdaniem najwspanialsza jest uwertura. Warto wspomnieć o śpiewie aktorów. Tutaj również prawie wszystko jest idealnie. Oczywiście Damian Aleksander, Paulina Janczak, Marcin Mrozińki i pozostali aktorzy znakomicie śpiewają swoje kwestie, ale - niestety - czasami gdy dwie osoby robią to jednocześnie pojawia się efekt kakofonii. Przez to niektóre słowa są niewyraźne. Mam nadzieję, że z czasem zostanie to poprawione

Stroje. Prasa szumnie pisała o tym, że uszyto aż 300 kostiumów i wyprodukowana 100 par butów. Trzeba przyznać, że Paweł Grabarczyk spisał się na medal. Ubrania są tak wspaniale wykonane, że aż bije od nich niesamowita jakoś ich wykonania. Materiał wydaje się być taki lekki, powabny, męki. Stroje są perfekcyjne skrojone i znakomicie wyglądają na aktorach. Moje oczy były tym wszystkich zachwycone. A światło dodatkowo ożywiało te kostiumy. Mnie przypadła do gustu biała suknia Christine Daaé, w której wyglądała jak anioł!







Jaki jest Upiór w operze? Jest godnym uwieńczeniem 10-letniej pracy Wojciecha Kępczyńskiego! Znakomita gra aktorów, niesamowita muzyka, wspaniałe scenerie i wiele, wiele innych elementów sprawia, że na spektakl ten powinien iść każdy, a na pewno się nie zawiedzie. Polecam serdecznie!

Dawid N.

wtorek, 7 października 2008

Wystawa "100% MALARSTWA" DYPLOMY 2008


"100% malarstwa" i inne formy pokazali studenci V roku Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych na wystawie w Wytworni Koneser. Na wernisaż 25 września przybyły tłumy gości .Poindustrialne surowe wnętrza okazały się idealnym tłem dla prac młodych artystów.

Szesnastu twórców to jest szesnaście odrębnych światów wyobraźni, tematyki, różnorodnego rozumienia roli malarza. Widzowie oglądający wystawę są nieustannie zaskakiwani kontrastami, każde kilka kroków prowadzi w nowy nastrój, w inne rejony rozważań intelektualnych, w różne emocje.

Od wejścia przyciągają wzrok wielkie płótna Pawła Dunala i wciągają w wir bogatego świata koloru, psychodelicznych przeżyć, malowanych mistrzowskim pędzlem, z rozmachem i odwagą. Obok monochromatyczne obrazy, pozornie spokojne, a jednak żyjące plastyczną, grubo dłońmi nakładaną fakturą, jakimś swoim życiem.

Dalej nastrojowe obrazy i batiki Ilony Zamarskiej z jej „Dziennika kolejowego” i działające pięknym, magicznym światłem nokturny Magdaleny Firląg. To na pewno są obrazy, które wiele osób chciałoby mieć swoim domu.

Za ścianą otwiera się świat agresywnej ekspozycji Anny Karwowskiej. Wielkie portrety i akty kobiet namalowane są celnie ostrą czerwienią i różem, kontrastującą z czystą bielą tła. Mówią one, a raczej krzyczą, o miłości lesbijskiej i seksualności kobiet. Również w graficznym aneksie artystka prowokacyjnie przeciwstawia Erosa Tanatosowi, miłość występną zbawieniu.

Na przeciwnym biegunie znajdują się prace Róży Litwy – skromne obrazy, świat intymny, liryczny. Malarkę interesuje człowieczeństwo, macierzyństwo, piękno codzienności. Jej projekt „Serce miasta” tworzony w Pracowni Sztuki w Przestrzeni Publicznej to futurystyczna instalacja wodna, nawiązująca do krwioobiegu człowieka. Tą pracą autorka zadaje pytania: kto stworzył miasto, komu jest ono potrzebne, i komu ma służyć. Próbuje uczłowieczyć nasze otoczenie.

Pełne refleksji, kontemplacyjne są też obrazy Małgorzaty Plichty, która szuka tego co najważniejsze, głębi, a jej harmonijne tkaniny, wykonane techniką haftu, są urzekające.

Interesujące podejście do swojej pracy przedstawił Paweł Kapelański. Podjął próbę realizacji ekspresji twórczej w wąskich ramach zakreślonych przez temat i technikę narzucone przez osobę zamawiającą obraz. Na wystawie pokazał kilka różnych prac namalowanych na zamówienie i fotogramy przedstawiające te dzieła umieszczone we wnętrzach, do których były przeznaczone, oraz ich właścicieli. To zestawienie stworzyło zupełnie inną jakość ekspozycji, a niewątpliwe mistrzostwo wykonania pokazuje, że nawet na tak wąskim polu prawdziwy artysta radzi sobie świetnie.

Szerszy kontekst kulturowy zakreśliła w swoich pracach Aleksandra Czerniawska. Zaprojektowała pomnik Dżigi Wiertowa wielkiego twórcy kina dokumentalnego („Człowiek z kamerą”, Kino OKO), który urodził się w Białymstoku. Autorka zauważyła, że fakt ten jest zupełnie nieznany mieszkańcom, a mógłby być pomocny w promocji miasta. Makietę pomnika pokazała na wystawie. Towarzyszyła jej instalacja – warsztat pracy artysty w pełni procesu twórczego – biurko i jego otoczenie w malowniczym nieładzie, a także cykl czarno-białych obrazów inspirowanych stylistyką starych kronik filmowych.

Trudno omówić wszystkie wystawione prace, nie mogę jednak pominąć obrazów Magdaleny Dukiewicz, dla mnie najpiękniejszych na tej wystawie. Olbrzymie płótna pokazują relacje międzyludzkie w sposób syntetyczny, ponadczasowy, ponad kontekstem płci – proste, czyste malarstwo. Towarzyszą im równie piękne grafiki o tej samej tematyce – o uczuciach, radości cierpieniu.

Wrażenia, które opisałam, są oczywiście czysto subiektywne. Każdy znajdzie w pracach tegorocznych dyplomantów ASP coś odmiennego i zwróci uwagę na innych artystów z tej wspaniałej szesnastki. Dlatego koniecznie idź i popatrz.

Gabriela Flaga

piątek, 3 października 2008

Co się dzieje?

Październik już się zaczął, czyli prace nad witryną trwają i wkraczają w punkt kulminacyjny. Mamy nadzieje, że do końca miesiąca będzie wystarczająco tekstów i ludzi. Pragniemy też, jak najszybciej skończyć prace i już w połowie października pokazać prawdziwą stronę www.stacjakultura.pl . Trzymacie kciuki i czekajcie, gdyż stacjakultura.pl będzie witryną godną uwagi!

czwartek, 2 października 2008

Mercenaries 2 - recenzja

Po tym jak pierwsza część Mercenaries podbiła serca niejednego gracza EA postanowiła wydać kolejną produkcje z tej serii. Tym razem każdy może zaznajomić się z tym tytułem gdyż wyszedł on w wersjach na PC, PlayStation 3, PlayStation 2 i Xboxa 360.

Co z tego, skoro chyba nie warto...

Druga część przygód trójki najemników o imionach Mattias Nilsson, Jennifer Mui oraz Chris Jacoba przenosi nas do Wenezueli. Postać, w którą się wcielimy wybieramy już na samym początku. Niestety, większych różnic pomiędzy poszczególnymi bohaterami nie ma. Kobieta szybciej biega, a mężczyźni mają większość odporność na obrażenia. Oczywiście prócz tego cała trójka różni się od siebie wyglądem. To chyba najważniejsze - ale nie wiem, czy to dobra rekomendacja.



Tak jak wspomniałem nasza przygoda będzie toczyła się w Wenezueli. Nie ma różnicy jaką postać wybierzemy, bo i tak skazani jesteśmy na tę samą nudną fabułę. Zaczyna się sztampowo - w pierwszej misji wykonujemy zlecenie dla złego człowieka - Ramona Solano. Po wykonaniu roboty pragniemy odebrać nasze wynagrodzenie. Niestety zleceniodawca nie chce zapłacić, wystawia nas żołnierzom, a my musimy ratować się ucieczką. Na koniec zostajemy postrzeleni w prawy pośladek. Po wyleczeniu naszej, jakże krwawiącej i bolesnej rany zaczniemy się mścić na Solano. Wykonamy przy tym szereg misji dla opozycji robiąc przy tym niemałą rozwałkę w mieście. Zlecenia otrzymamy od pięciu zwalczających się grup, z których każda chce przejąć kontrolę nad źródłem ropy.

Warto tutaj wspomnieć, że praca dla jednej organizacji sprawia, że w oczach pozostałej czwórki jesteśmy gorzej postrzegani. Zaczynają do nas strzelać, a ich sklepy są dla nas zamknięte. To pomysł zaczerpnięty z GTA i GTA II. Najlepiej starać się utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi, czyli raz pracować tu innym zaś razem tam. Po przejściu wszystkich, dosyć do siebie podobnych, misji na końcu dorwiemy naszego ukochanego Ramona.



Zlecenia otrzymamy od mało ciekawych osób w mało ciekawy sposób. Jedziemy do jednego punktu, zamienimy kilka słów z daną postacią i tyle. Nie ma mowy o jakichś dłuższych, czy też bardziej finezyjnych pogawędkach. Po prostu twórcy wyszli z założenia, że lepiej działać niż gadać, i chyba właśnie dlatego napotkani przez nas zleceniodawcy zachowują się i mówią tak... melancholijnie. To chyba dobre słowo na oddanie relacji międzyludzkich panujących w Mercenaries 2.


Skoro nie fabuła, nie rozmowy, to wyruszamy tam, gdzie powinna znajdować się prawdziwa zabawa. Wyruszamy do miasta, bo właśnie tam spędzimy najwięcej czasu. Połacie przestrzeni są duże, poza tym otrzymamy bardzo bogaty asortyment, aby zmienić krajobraz nie do poznania. W Mercenaries 2 mamy możliwość prowadzenia takich pojazdów jak helikoptery, jeepy, samochody opancerzone i czołgi. Te ostatnie robią niesamowite wrażenie.

Aby wejść w posiadanie ostatniego z wymienionych pojazdów trzeba go będzie zabrać wojskowym. Aby to zrobić, wystarczy podbiec do czołgu i wklepywać odpowiednio klawisze. Bardzo dobrze, że wprowadzono kilka rodzajów animacji przejmowania kontroli. Dzięki temu wygląda to mniej sztucznie, a poza tym nie nudzi. To zaleta gry.


Czym byłby Mercenaries 2 bez demolki? Odpowiedź jest prosta - niczym, gdyż to właśnie na ten aspekt producent położył największy nacisk. W tej grze praktycznie wszystko można zburzyć. Każdy budynek ulegnie pod naporem pocisków wystrzelonych przez czołg. Baraki, cysterny, zbiorniki z paliwem, helikoptery - to wszystko można zniszczyć.

Najlepsze jednak są wielkie elementy wtedy bowiem ekran staje się czerwony, a dookoła latają elementy zniszczonego budynku. To "daje radę". Warto również wspomnieć, że w demolce mogą nam pomóc osoby trzecie - dostarcza je w każdej chwili zamówiony przez nas helikopter. Poza tym ta właśnie latająca maszyna może również przylecieć po nas samych, a także znalezione skrzynie pieniędzy, bomby, paliwo etc. Następnie będziemy mogli je wykorzystać w dowolnie wybranej chwili. Efekty zrzucenia bomby zobaczymy nawet z bardzo daleka - piękny grzybek robi wrażenie. Niestety, te wszystkie efekty specjalne uprościły całą resztę otoczenia, które przez to wygląda brzydko i schematycznie. Fakt, palmy uginają się pod helikopterem, woda też bardzo ładnie faluje, ale za to tła często doczytują nam się przed samym nosem. Postacie mają na sobie niewiele polygonów i wszystko wygląda bardzo, ale to bardzo sztucznie, wręcz obrzydliwe. Samochody, łodzie, helikoptery, czy też budynki rażą pikselozą.

Na koniec jeszcze dochodzi cała gama bugów. Znikające opony w krawężniku, jadące bez kierowców motocykle, przenikające pociski, źle uciekający ludzie, którzy po kradzieży ich samochodu chcą przez niego uciekać oraz wiele, wiele innych rzeczy. Niestety animacja też potrafi zwolnić. Ogólnie, grafika w grze to poziom trochę, ale naprawdę trochę wyższy niż ten znany z PlayStation 2. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że każde wejście do jakiejś lokacji łączy się z dosyć długim i niepożądanym (szczególnie w konsolach nowej generacji) wczytywaniem.

Muzyka i odgłosy w grze również zaliczyć można do klasy średniej. Tego pierwszego elementu praktycznie nie ma w grze. Od czasu do czasu załączy się jakiś całkiem miły kawałek, ale na nic więcej liczyć nie możemy. Odgłosy już trzymają lepszą jakość, gdyż wybuchy, czy też wystrzały są realistyczne i, jeśli odpowiednio nagłośnione, potężne.

Na koniec warto również wspomnieć o naszych przeciwnikach, których poziom inteligencji równy jest zeru. Stoimy przed postacią może pół metra, a ona nie potrafi nawet w nas porządnie trafić - warto wspomnieć, że na ogół strzelają do nas żołnierze - nikt ich nie szkolił?

Warto? Według mnie nie, niestety, bo pierwsza cześć Merców była całkiem dobrą grą. Nie przekonuje mnie to, że można tutaj zdemolować wszystko. Taki jeden element to stanowczo za mało, aby uzyskać moją rekomendacje. Potrzeba czegoś więcej, aby otrzymać pozytywną ocenę. Jeśli zaś, drogi czytelniku, masz za dużo pieniędzy i grałeś już we wszystkie o wiele lepsze tytuły, to możesz kupić ten produkt, aby popatrzeć na niesamowite eksplozje. Niczego nowego tutaj bowiem nie uświadczysz.

DN

środa, 1 października 2008

Dział kutura i coś jeszcze...


Witam wszystkich, w dniu dzisiejszym przyszła kolej na mnie. Dzisiaj ten chłopek, który jest na zdjęciu po lewej stronie opowie coś o sobie. Wspomni też o Stacjakultura.pl. Zacznijmy więc...

Nazywam się Dawid Nawrocki i jestem studentem trzeciego roku dziennikarstwa. Obecnie z niecierpliwością czekam na kolejny rok akademicki i aby przyśpieszyć czas zajmuję się Stacjakultura.pl. W niej będę odpowiedzialny za dział kultura oraz gry i technika. Prócz tego, będę zajmował się marketingiem strony. Niemniej jednak nie będę tego robił sam. Mam nadzieję, że osoba, która mi pomoże w tym wszystkim, na dniach również się zaprezentuje. Na co dzień jestem redaktorem naczelnym jednej z gazet studenckich. Prócz tego prowadziłem trzy serwisy internetowe o grach. Moim największym sukcesem było i jest pisanie dla Agory. Chociaż w tym miejscu warto wspomnieć o Gildia.pl, w której piastuję funkcję public realtions.

Czym jest dla mnie Stacjakultura.pl?

Dla mnie to coś niezwykłego. Wielu może mówić, że to nie wypali, że to kolejny serwis, że ponownie ruszam z czymś nowym. Tym razem jednak, to już musi być to i ja wierzę, że tak będzie. Wiara jednak czyni cuda. Moim zdaniem ciężką pracą osiągniemy wszystko i zagościmy w polskim Internecie na zawsze.

Mówią, że takich słów jak „nigdy i na zawsze” nie powinno być w słowniku

Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Gdyby tak było, to nikt by nie podejmował się niczego wiedząc, że z czasem to upadnie. Tutaj, czyli na Stacjakultura.pl, tak samo będzie. Jeśli będzie trzeba, to zostanę sam tylko po to, aby to działało. Wiem jednak, że wraz z wsparciem ludzi, którzy już zgłosili chęć pomocy dokonamy cudu. Marzeniem każdego naczelnego jest serwis, który przetrwa wieki, tak samo jest ze Stacjakultura.pl i wierze, że uda się nam, to wspólnie osiągnąć!

Nie myli się tylko ten co nikt nie robi

Święte słowa. Podczas tworzenia Stacjakultura.pl, nieraz pewnie będziemy mieli wpadki. Nie trzeba tego ukrywać. Po prostu nawet najlepsi dziennikarze popełniają błędy. My pewnie też będziemy. Niemniej jednak, jako że w naszej redakcji będą zarówno studenci, jak i wykładowcy wyższych uczelni, to postaramy się aby niedociągnięć było jak najmniej...

Potrzebujemy was!

Jak możecie zobaczyć, na załączonym obrazku, obecnie Stacjakultura.pl, to mini-blog. Tutaj prezentujemy siebie, zachęcamy do czytania naszych materiałów, aby zapoznać się z tym jak piszemy. Niemniej jednak większość z artykułów zostanie opublikowana dopiero w dniu startu prawdziwej strony. Dla tego, jeśli chcesz nam pomóc już teraz zgłoś się do nas.

Na co stawiam?

Dynamiczny portal, praca zespołowa, możliwości o jakich inne strony mogą tylko pomarzyć i najważniejsze - Stacjakultura.pl ma być miejscem, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Humanista, gracz, czy też kinoman. Dzięki temu, że w szeregach naszej redakcji są ludzie związani z daną dziedziną od kilkunastu lat, wiemy czego potrzebują czytelnicy i mam, a raczej mamy nadzieję, że wyjdziemy naprzeciw ich oczekiwaniom.

Pozdrawiam,

Dawid Nawrocki.

Tadeusz Kantor - jego twórczość!

Są artyści, którym przypisanie należnej im wielkości, oryginalności czy prekursorstwa przedstawia największą trudność. Wynika to z samej natury ich twórczości i nie ma nic wspólnego z hermetycznością form wypowiedzi czy elitaryzmem postawy. Tadeusz Kantor na pytanie czy jest bardziej malarzem, czy człowiekiem teatru powiedział: „Forma w teatrze jest zupełnie różna od formy w malarstwie i jego struktury. Odrzucam formę i obojętne jest, co robię. Czy jest to teatr, czy malarstwo, czy rysunek, czy książka – wszystko powstaje w dziwny sposób, mogę robić wszystko. To sztuka totalna”.

Tadeusz Maria Kantor urodził się 6 kwietnia 1915 roku na plebanii w Wielopolu Skrzyńskim, oddalonej o 130 km od Krakowa polsko-żydowskiej mieścinie na rubieżach ówczesnego cesarstwa Austro-Wegier.

Pierwszym teatrem dla Tadeusza Kantora były świąteczne dekoracje w wielopolskim kościele. Grób Chrystusa w okresie wielkanocnym, przy którym wartę sprawowali prawdziwi strażacy w złotych hełmach, szopka z „pasterzami, aniołami i muzyką” oraz widowiskowe ceremonie kościelne – śluby i pogrzeby poruszyły wyobraźnie przyszłego artysty i skłoniły do tworzenia własnych widowisk, najpierw we własnym dziecięcym pokoju, później w teatrze awangardowym Cricot 2 – na scenie „pokoiku wyobraźni”.

Do gimnazjum uczęszczał Kantor w Tarnowie, z którego dosyć często wyjeżdżał do Krakowa, by tam w Muzeum Narodowym po raz pierwszy zetknąć się z twórczością Jacka Malczewskiego i Henryka Siemiradzkiego. Już w gimnazjum narodziły się wczesne idee przekraczania granic w sztuce inspirowane zapewne twórczością Wyspiańskiego – wielkiego krakowskiego neoromantyka, malarza i autora dramatów symbolicznych i reformatora teatru. Jesienią 1932 roku jako uczeń VIII – maturalnej klasy Kantor wygłosił w gimnazjalnej czytelni referat „Wyspiański – plastyk na tle nowoczesnego malarstwa” oraz zaprojektował i wykonał scenografię do III aktu „Wyzwolenia” i IV aktu „Akropolis” – dramatów Wyspiańskiego wystawianych przez gimnazjalny teatr amatorski. Teksty dramatów Wyspiańskiego znał na pamięć, w gimnazjalnym okresie zetknął się również z lwowską inscenizacją „Dziadów” i „Snu srebrnego Salomei” w inscenizacji Schillera, duży wpływ wywarł na niego również „Dybuk” wystawiany w krakowskim Teatrze Bagatela przez żydowski zespół Habimy.

Podziemny Teatr Niezależny

W roku 1940 Niemcy wydali zakaz „wystawiania poważnych widowisk”, ale podziemny teatr Kantora nie był jedyną instytucją kulturalną w ówczesnym Krakowie. Założony około 1942 roku uchodził za najbardziej radykalny pod względem artystycznym, a tuż po wojnie pisano o nim jako o „najciekawszym zjawisku artystycznym Krakowa na przestrzeni pięciu lat spędzonych >pod ziemią<, o zaczątku nowego stylu w teatrze polskim”

Kantor dołączył do grupy młodych artystów malarzy i teoretyków już na początku hitlerowskiej okupacji, w roku 1943 grupa ta pod jego przewodnictwem rozwinęła swą teatralną działalność konspiracyjną. Dyskusje i spotkania, wystawy, próby i przedstawienia urządzane były w mieszkaniach prywatnych Ewy Siedleckiej, Tadeusza Brzozowskiego, Franciszka Pugeta, Magdaleny Stryjeńskiej i Ewy Jurkiewicz. Artyści ci – zbuntowani przeciwko Akademii Sztuk Pięknych przygotowywali odczyty, malowali obrazy, organizowali przedstawienia.

Pierwszym pełnym spektaklem Teatru Niezależnego była „Balladyna” Słowackiego. Dla Kantora ta poetycka baśń obrosła w polskiej tradycji narodowo-ludową mitologią była doskonałym materiałem teatralnym zderzającym ideały sztuki awangardowej z kontekstem okupacyjnym. W inscenizacji tej Kantor operował formami geometrycznymi, kołem, łukiem, kątem prostym, materiałami z blachy, czarnej papy i sukna, chciał w ten sposób oddać absurdalność rzeczywistości, którą jedynie malarstwo abstrakcyjne było w stanie właściwie wyrazić. Premiera odbyła się podczas łapanki, ale szczęśliwym trafem mieszkanie, w którym była wystawiana zostało przez Niemców pominięte. „Balladynę” pokazano najprawdopodobniej czterokrotnie w maju 1943 roku i obejrzało ją w sumie ok. 100 widzów. Już w tej inscenizacji pojawiły się elementy dość charakterystyczne dla przyszłego teatru Kantora: wielkie wejścia, korowody, banalne na pozór skojarzenia muzyczne, które dają fundament emocjonalny całemu przedstawieniu. Charakterystyczne były też kostiumy, szare, zgrzebne worki, które będą dość typowe dla teatru Cricot 2.

Dramat okazał się spektaklem „ogromnie poruszającym wyobraźnię”, „prawdziwą sensacją podziemnego Krakowa, który od lat nie pamiętał tak rewoltującego i zarazem doskonałego przedstawienia wywołującego fascynacje i fale obelg”.

Ponad rok po „Balladynie” wystawił Kantor „Powrót Odysa” – ostatni dramat Wyspiańskiego, w którego ujęciu powrót do utęsknionej Itaki nie może się wypełnić z powodu niemożności wskrzeszenia umarłej przeszłości. W partyturze do swojej inscenizacji Kantor napisał: „Wszystko to zmieszane z Przeznaczeniem, Losem, Klątwą, Fatalizmem – niejasne, niedopowiedziane, opatrzone symbolami, patosem i Jugendstilem”. W teatrze Kantora Odys miał powrócić naprawdę, jako niemiecki żołnierz „wracający spod Stalingradu w zabłoconym mundurze i hełmie”. Spektakl rozpoczynał niemiecki „Parademarsch”, a „Pieśni Femiosa” towarzyszył dźwięk z megafonu przypominający szczekający głos niemieckich komunikatów wojennych.

Na drzwiach pokoju, w którym odbywało się przedstawienie napisał Kantor: „Do teatru nie wchodzi się bezkarnie”, co w sytuacji prawdziwego zagrożenia karą śmierci dla uczestników podziemnych przedstawień było aż nadto realne.

Dzięki temu rzeczywistość widowni, zgodnie z postulatem Kantora opublikowanym w „Komentarzach teoretycznych” z 1944 roku była naprawdę „włączona w proces stawania się dramatu i na odwrót”.

Okupacyjny „Powrót Odysa” miał przynajmniej 3 wersje, co było spowodowane koniecznością zmiany miejsca, w którym był wystawiany. Wersja ostatnia była najbliższa realizacji idei realności biednej, w pokoju bez dekoracji, podziału na scenę i widownię, rzeczywistej granicy realności i iluzji wśród gruzów i odrapanych ścian dużą rolę odgrywały przedmioty realne – odszukane w najbliższym otoczeniu – zniszczony i pogięty reflektor, spróchniała deska, zakurzone paki, zabłocone koło wozu, głośnik-szczekaczka. W roku 1980 napisze Kantor: „Powracający Odys stał się precedensem i prototypem dla wszystkich późniejszych postaci mojego teatru. Było ich bardzo wiele. Cały pochód. Z wielu sztuk i dramatów. Z krainy Fikcji. Wszystkie były u m a r ł e, wszystkie wracały w świat żywych, w nasz świat, w czas teraźniejszy”.

Narodziny Cricot 2

Nazwa Cricit 2 nawiązuje do przedwojennego teatru założonego przez malarzy krakowskich w roku 1935 oraz idei konspiracyjnego Teatru Niezależnego. Posłużył się nią Tadeusz Kantor w roku 1956 wraz z kilkoma malarzami (min. Marią Jaremą i Kazimierzem Mikulskim) i poetami zakładając teatr w pełni niezależny, broniący autonomii artystycznej i nie podporządkowujący się jakiejkolwiek ideologii. Pierwsze spektakle miały charakter typowo pionierski, a sam Kantor tak o nim mówił: „Teatr Cricot nie jest instytucją funkcjonującą regularnie. [...] Zespół teatru Cricot składa się z aktorów zawodowych, z aktorów niezawodowych oraz z ludzi >wziętych wprost z życia<, których rola sceniczna pokrywa się w jakimś sensie z rolą życiową. [...] Oto trupa aktorska wędrująca w czasie, z miejsca na miejsce, zmieszani: ludzie i przedmioty, niezwykły i skandaliczny tabor, wszelkie profesje bezlitośnie pomieszane, nagromadzone przedmioty, którym odjęto złośliwie i absurdalnie ich zwyczajne funkcje; nazwiska ludzi zlewają się z ich rolami – i nie wiadomo, które z nich są realniejsze”.

12 maja 1956 roku wystąpiono z pierwszym spektaklem. Na początek wybrano „Mątwę” Witkacego, część drugą inauguracyjnego wieczoru wypełniła „Studnia, czyli głębia myśli”, pantomima Kazimierza Mikulskiego. Tadeusz Kantor był pierwszym powojennym wskrzesicielem dramatów Stanisława Ignacego Witkiewicza (zakazanych w okresie stalinowskim) i pozostał im wierny przez wiele lat. W formule „gra z Witkacym” streścił pierwsze dwudziestolecie Cricot 2. Plonem tego zamysłu stało się sześć spektakli, które trudno nazwać inscenizacjami czy realizacjami utworów Witkacego, gdyż w każdym wypadku „grę” podejmowano z tylko jednym dramatem. Od „Mątwy” (z 1956r.), poprzez „W małym dworku” (1961r.), „Wariata i zakonnicę” (1963r.), „Kurkę wodną” (1967r.), „Nadobnisie i koczkodany” (1973r.), aż po „Tumora Mózgowicza” w „Umarłej klasie” (1975r.). Zawsze obowiązywała zasada konfliktowej „dwutorowości”: osobno funkcjonował wygłaszany tekst, osobno autonomiczna akcja teatralna. By wyeliminować, jak nieustannie wyjaśniał Kantor „wszelką ilustracyjność tekstu sztuki na scenie” na rzecz wywołania „realności, realnej czynności, realnego przedmiotu” bez „żadnego odniesienia do fikcji i iluzji dramatu”. Na podobnej zasadzie zrealizuje jeszcze poza Cricot 2 inne wersje „W małym dworku” w Baden-Baden (1966 r.) oraz w Bled w Jugosławii (1969r.), a także „Szewców” w Paryżu (1972r.).

Mimo udokumentowanych prób wprowadzenia do repertuaru Cricot 2 „Iwony, księżniczki Burgunda” Gombrowicza, a także ujawnianych prasie i decydentom zamiarów wystawienia w latach 1956-1963 utworów Apollinaire’a, Błoka, Cocteau, Czechowicza, Gajcego, Ionesco, Mrożka, Norwida, Różewicza zawsze będzie obowiązywać zastanawiające ograniczenie do sztuk Witkacego, o którym mówi: „Biorę je za każdym razem trochę z przypadku, jakby podświadomie”. Teatr Cricot 2 do końca nie zaistniał w sensie prawnym, był więc na poły prywatnym przedsięwzięciem Kantora, które tak zresztą jak i pozostałe tworzyły jedyny teatr działający w imieniu i dla imienia Stanisława Ignacego Witkiewicza, o którym mówił: „Witkacy, Witkacy i jeszcze raz Witkacy. Jest to pisarz tak ciekawy, że powinien mieć teatr tylko sobie poświęcony. Chcemy być takim teatrem”.

Teatr powojennego Cricotu odwiedzały tłumy widzów z całej Polski. Spektakle „Mątwy” rozpoczynały się o godz. 22.00, ponieważ duża grupa aktorów była też zatrudniona w „normalnym teatrze”. Zasada ta obowiązywała do połowy lat 70. Dla Kantora najważniejsza była widownia, o której mówił: „Widownia była kawiarnią i widzowie siedzący przy stolikach zachowywali się jak w kawiarni. Gdy zespół jazzowy kończył swój hałaśliwy numer rozpoczynało się przedstawienie. W czasie antraktu i spektaklu publiczność opuszczała stoliki kawiarniane, opanowywała scenę i rozpoczynał się szaleńczy dancing przez całą noc”.

Wędrując od lat 60. po całym świecie w wywiadach i wypowiedziach wykreował Kantor Cricot 2 w opozycji do oficjalnego kiepskiego i pretensjonalnego teatru polskiego. Środowisko teatralne w Polsce rewanżowało mu się lekceważeniem i zbywało określeniami „teatrzyk”, grupka amatorów”, „eksperymenty malarza”.

Teatr Miłości i Śmierci

Do najważniejszego przełomu w swojej twórczości, odkrycia Teatru Śmierci dojrzewał Kantor przez wiele lat. Próby „Umarłej klasy” rozpoczęły się w grudniu 1974 roku w Galerii Krzysztofory. W ciągu niespełna roku powstała pierwsza wersja seansu, który w następnych latach podbił cały świat okazując się najsłynniejszym dziełem Kantora, a także najdłużej (siedemnaście lat) i najczęściej (ponad 1500 razy) granym spektaklem Teatru Cricot 2.

Podstawową cechą Teatru Śmierci była niemożność uobecnienia „tu i teraz” umarłej przeszłości, niemożność ponownego wskrzeszenia istniejących kiedyś, w historii czy literaturze, postaci – wraz z ich przeżyciami. W seansie „Umarłej klasy” dwa sznury i dwa pomalowane na biało kąty unaoczniały linię dzielącą świat żywych, czyli widzów od umarłych postaci seansu. Trzynaścioro ubranych w czarne, trumienne stroje dzieci zasiadało w rzędzie prostych ławek pod nadzorem dwóch tajemniczych postaci: tkwiącej przy drewnianym WC Sprzątaczki-Śmierci z miotłą-kosą oraz siedzącego na krześle Pedla w Czasie Przeszłym Dokonanym. Klasę tworzyli ucharakteryzowani w większości staruszkowie, którzy nosili tornistry na zmianę z manekinami własnego dzieciństwa. Obok ławek pojawiała się też para niezwykłych przedmiotów jednoczących motyw narodzin i śmierci: Maszyna Rodzinna, przypominająca fotel ginekologiczny i narzędzie tortur oraz ruchoma Kołyska Mechaniczna podobna do dziecięcej trumienki. Na granicy dwóch światów tkwił sam Kantor, dyrygent seansu – ubrany najczęściej na czarno, z nieodłącznym czarnym szalem.

Teatr Śmierci Kantora został stworzony przez przywołanie metafizyki fotografii. W seansie „Umarłej klasy” ciągle powracał nieruchomiejący obraz grupki dzieci. Podejmowane próby teatralnych działań rozsypywały tę kliszę w bezsilnym bałaganie zbędnych słów i daremnych gestów, ale po pewnym czasie wszystko znów zastygało w wyjściowym obrazie, który za chwilę na znak Kantora ulegał rozsypaniu. W ustalonym porządku wracały też inne, ruchome już klisze, współtworzone przez obrazy i dźwięki. Odchodzenie od klisz i powracanie do nich odbywało się w rytmie ożywania i umierania, jednym z kluczy do seansu Kantora. Dla Kantora teatr był „[...] brodem na rzece. Miejscem, którędy postacie umarłe z tamtego brzegu, z tamtego świata, przechodzą do naszego świata, do naszego życia. I co się potem dzieje? Odpowiedź może dać Dybuk: duch zmarłego, który wchodzi w ciało drugiego człowieka i przez niego przemawia”.

W Teatrze Śmierci aktorzy przemawiali cudzym, kalekim językiem, podrygiwali w niezdarnych gestach. Powodzenie „Umarłej klasy” na Festiwalu w Edynburgu w sierpniu 1976 roku dało początek triumfalnemu tournée teatru po całym świecie.

23 czerwca 1980 roku we Florencji doszło do premiery spektaklu nazwanego „Wielopole, Wielopole”. W ślad za „Umarłą klasą” „Wielopole” pozostało seansem ciemności i okrucieństwa, daremnej pamięci i pustej śmierci. Po przeszło rocznym pobycie we Florencji Kantor wrócił do Polski odmienionej przez Sierpień ’80. Nieoczekiwanie postanowił wystawić swój spektakl nie tylko w Krakowie i Warszawie, ale też w Gdańsku, w słynnej wówczas na całym świecie Stoczni. Było to dowodem dzielenia ze swoimi przyjaciółmi-komunistami wiary w zetkniecie prawdziwej rewolucji społecznej z autentyczną awangardą artystyczną. Występy w Gdańsku stały się więc świadomą prowokacją. Jeden z widzów naurągał Kantorowi i aktorom, że poniżają świętości narodowe. Zdezorientowana publiczność zaczęła bić brawo myśląc, że ma do czynienia z pomysłem happeningowym. Porządek zaprowadzili funkcjonariusze SB, i wszystkie pozostałe występy w hali Stoczni odbywały się w asyście poproszonych przez Kantora pracowników Służby Bezpieczeństwa.

Wszystkie spektakle Cricot 2 po „Umarłej klasie” stworzyły cykl nazywany Teatrem Śmierci, Teatrem Pamięci, później Teatrem Osobistego Wyznania. Ale paryskiemu festiwalowi całego cyklu Kantor nadał tytuł Le Théâtre de la Mort et de l’Amour. Teatr Miłości i Śmierci. W ostatnim, najdłuższym etapie Cricot 2 najczęściej przywoływał pojęcie śmierci, tak to tłumacząc: „Obsesja? Bronię się przed tym pojęciem, ale nie do mnie należy odpowiedź. Ślady wyciśnięte w dzieciństwie, które trwają do końca? Symbolizm, który stał u progu mojej sztuki? Kraków, ten polski Nekropol? Wojna, wielkie gody śmierci?” Pod koniec swojej twórczości postanowił rozszerzyć ostatnie określenie swojej sceny: „Śmierć i Miłość, trzeba je przyjąć obydwie. Śmierć jest nieodwołalnym zamknięciem drzwi; Miłość obchodzi swoje święto, swój wieczny rytuał. Śmierć jest w nim obecna”. Pierwsze próby ostatniego spektaklu „Dziś są moje urodziny” rozpoczęły się w Krakowie w październiku 1989 roku. W przededniu śmierci, 7 grudnia 1990 roku Kantor poprowadził ostatnią próbę tego przedstawienia. Jolanta Antecka zanotowała: „Złożony zawałem, podłączony do monitorów, kroplówek żądał natychmiastowego wypuszczenia ze szpitala, bo praca, bo termin premiery. Być może umarł zdumiony, że lekarz nie odważył się go posłuchać, a jeszcze bardziej tym, że odmówiło posłuszeństwa własne serce, bezlitośnie eksploatowane, nieważne, bo liczyła się tylko sztuka...”

dr Anna Małgorzata Pycka

Artur Świetlik - coś o sobie


Hello! Już wkrótce, w naszej kulturalnej stacji będę pisał i tworzył dla peronu GiT, który codziennie dostarczy Wam najnowszych informacji związanych z rynkiem gier wideo oraz najnowszymi technologiami. Tak na wstępie, zbierając informację na temat rynku i potencjalnych konkurentów, wpadłem na pomysł napisania artykułu na temat "stron-duchów." Owe serwisy, były kiedyś związane stricte z dziedziną gier wideo. Mogliśmy na nich znaleźć dziesiątki newsów codziennie, setki artykułów oraz szybką profesjonalna pomoc techniczną. Dzisiaj pozostały po nich tylko wspomnienia, puste adresy, błędy wyświetlania, oraz co gorsze - wersje stron, do momentu upadku, które po dziś dzień egzystują w sieci, znane pod nazwą "Strony-duchy". Przykładowo gdy serwis zakończył aktualizację w roku 2005, to do tej pory w takiej postaci widoczny jest w internecie. Wszystkie jednak łączy jedno - wymarły. Powodów dzięki którym portale odeszły w niepamięć jest bardzo dużo, a i ich gamma równie bogata. W spisie umieściłem także ważniejsze polskie ziny traktujące o grach. Historię stron można oglądać przy pomocy serwisu: archive.org.

Poniżej prezentuję ową listę:

http://gry.imro.pl

http://gameranking.pl

http://gry.midgard.pl

http://zalogag.pl

http://gry.mocny.com

http://www.gamepress.pl/

http://siriusmag.pl

http://arena-gier.pl

http://pccholik.pl

http://gameone.pl

http://gameblog.pl

http://dosc.pl/

http://cwr.pl

http://www.norespect.pl

http://grypc.pl/

http://www.polskiegry.pl/

http://gamehot.pl

http://game-over.pl

http://wr.pl/gry

http://gry.midgard.pl

http://www.gamepub.org

http://www.gry.odeon.pl

http://gry.hoga.pl

http://gry.pf.pl

http://gameholic.net

http://gamescorner.xa.pl/

http://www.loginpoint.pl/

http://gry.bravo.pl/

http://www.sic.ne.pl/

http://gry.mocny.com

http://www.gamez.pl/

http://strefa.com/

http://www.gry.xcom.pl/

http://xgamer.pl

http://www.gry.netmax.pl/

http://www.multiplayer.pl/

http://www.gamesoft.pl/

http://www.gamehunters.pl


Tak dla porównania serwisy oraz portale istniejące nadal:


http://www.gamelog.pl

http://www.voodooguild.com/

http://www.gry.gery.pl

http://www.gametv.pl/

http://www.gaminator.pl/

http://www.valhalla.pl/

http://www.gry-online.pl/

http://www.gry.onet.pl/

http://www.gry.wp.pl/

http://www.gry.o2.pl/

http://www.gry.interia.pl

http://www.gry.valkiria.pl/

http://www.gameonly.pl/

http://www.gry.gildia.pl/

http://www.gamestar.pl

http://gamecorner.pl

http://miastogier.pl

http://playback.pl

http://miastogier.pl

http://gry.gazeta.pl

http://pccentre.pl

http://strefa9.pl/gry/

http://grrr.pl

http://www.pcarena.pl

http://http://www.exgames.pl

http://playback.pl

http://http://www.reset-forever.org/

http://twojegry.net

http://gamikaze.pl

http://http://polygamia.pl/

http://gameinformer.pl

http://gamevertising.pl

http://gamelobby.pl/

No i oczywiście już wkrótce gry.stacjakultura.pl ;).

Pozdrawiam serdecznie, wasz zawsze oddany i uniżony sługa,
Artur Świetlik.